Motor Show

Męski wyjazd na targi motoryzacyjne do Poznania :)

Pierwszy mój wyjazd po zimie dopisała pogoda i zdrówko ,nie da się tak tego opisać oglądając te piękne samochody ,motory i oczywiście hostessy  wiec zabieram Was  w podroż uwieczniona na zdjęciach :)

Posted in Mój blog | 2 Comments

Pobyt w DPS 1999-2004

1Czas spędzony  w domu pomocy społecznej, był w moim życiu okresem zmian, w którym zmagałem się z najróżniejszymi trudnościami napotykanymi na mojej drodze. Właśnie wtedy zaczynałem odnajdować się w szarej rzeczywistości, która powoli zaczynała nabierać kolorów, coraz bardziej przypominając życie. A wszystko za sprawą niezwykłych osób, pracujących w Domu Pomocy Społecznej w Kole przy ulicy Poniatowskiego.

Były to jeszcze czasy  Kasy Chorych, a ponieważ wykorzystałem  wszystkie możliwe limity na rehabilitację, wspólnie z rodzicami zdecydowaliśmy się na ten krok, aby nie pozbawiać mnie codziennych  zabiegów rehabilitacyjnych. Stan  mojego zdrowia był niestabilny, abym miał zapewnioną stałą opiekę lekarska, pielęgniarską i codzienną rehabilitację (która była dla mnie najważniejsza), w czasie gdy jeszcze przebywałem na  turnusie rehabilitacyjnym w Poznaniu, mama wstępnie załatwiła mi pobyt w domu opieki społecznej na pół roku.

Po rozpakowaniu i poukładaniu potrzebnych rzeczy przywitałem się z moim towarzyszem, miłym staruszkiem, który na moją prośbę i prośbę personelu naciskał dzwonek, gdy czegoś potrzebowałem,  sam byłem bezradny, wówczas nawet krzyknąć nie miałem siły. Pokój bardzo mi się podobał, był telewizor, półki ,szafki na potrzebne rzeczy. To już nie były warunki szpitalne, ale zbliżone do domowych, to mnie bardzo cieszyło. Byłem mile zaskoczony przyjęciem personelu ,uradowany warunkami  i wtedy podano pierwszy obiad, który jeszcze podała mi mama.  Po obiedzie wracała już do domu, gdzie z utęsknieniem czekało młodsze rodzeństwo. W ten oto sposób minął mój pierwszy dzień pobytu  w Domu Pomocy Społecznej w Kole.  Rozpoczynałem nowy etap życia, nie wiedziałem  co mnie czeka, nie przypuszczałem  że będą  to nowe przyjaźnie ….

Później, po czasie, siostry, bo tak się zwracałem do pań pielęgniarek, powiedziały mi, że były  tak samo przerażone, najmłodszym podopiecznym,  dwudziestoletnim chłopakiem z takim poważnym urazem. Wszyscy  uczyliśmy się siebie nawzajem .

Po pierwszej nocy przespanej niezbyt dobrze, nadszedł poranek, pobudka po 7:00 i poranna toaleta. Przy ubieraniu nawzajem sobie podpowiadaliśmy, co i jak, poznawaliśmy się wzajemnie. Potem śniadanie podane przez siostrę i już czekałem na rehabilitację. Wtedy przyszedł Pan Darek z Grzegorzem, zabrali mnie na wózek manualny i jechaliśmy na salę ćwiczeń i zabiegów. Tam zajęcia trwały do popołudnia, do obiadu, który zawsze był podawany punktualnie przez miłe, wesołe siostry, z którymi nawiązywałem coraz bliższy kontakt.
Tak mijały tygodnie, było mi coraz lepiej, nabierałem pewności, że wybór był słuszny, czułem się coraz pewniej. Byłem przekonany, ze rodzice odetchną od opieki nade mną. W domu było pięcioro rodzeństwa, dwoje malutkich, Łukasz miał roczek, a Ola trzy latka, było więc co robić. Mimo tego rodzice  odwiedzali mnie każdej niedzieli , aby być ze mną, abym miał wszystko czego potrzebuję.

Byłem spragniony towarzystwa, rozmów , więc nosiło mnie wszędzie . W krótkim czasie poza Panią Dyrektor, Panią Jolą, przemiłymi  siostrami i rehabilitantami zaprzyjaźniłem się z personelem kuchni, pracownikami administracyjnymi, kierowcami i stróżami.  Za cichym przyzwoleniem mogłem spojrzeć w grafik, aby wiedzieć która siostra na jaki dyżur przychodzi. Wtedy pogodnie, z uśmiechem witałem moje opiekunki: dwie Anie, Edytkę, Halinkę, Grażynkę, Krysię, Dorotkę, Iwonkę, Elę, oj działo się ;-)   Z Robertem, Edwinem, Piotrkiem i Arkiem  też się rozumiałem. Moja otwartość i uśmiech pomagały budować nowe przyjaźnie, które trwają po dziś dzień. Postawa personelu dodawała mi odwagi, mając  wsparcie w każdej kwestii poczułem się pewniej w walce, poczułem twardy grunt pod nogami, było od czego się odbić. Ciepłe rozmowy, uśmiechy, przyjazne gesty, były bezcennym wsparciem wśród piętrzących się przeciwności.

Ważna postacią jest Pani Jola. Pani Jola była specjalistką  od dokumentacji, miedzy innymi „wyprostowała” kwestię mojej kategorii wojskowej, wciąż jeszcze w papierach miałem kategoria A – zdolny do czynnej służby wojskowej i otrzymywałem wezwania do wstawienia się osobiście, a to było przecież niemożliwe. Nie znałem przepisów dotyczących osób niepełnosprawnych , zaś Pani Jola uświadomiła mi moje prawa i wskazała instytucje w których mogę starać się o dofinansowanie do zakupu sprzętu rehabilitacyjnego. Wtedy zrodził się pomysł, aby zdobyć środki na wózek elektryczny, który da mi większą samodzielność.  Pani Jola zajęła się wszystkimi niezbędnymi wnioskami i całą obszerną dokumentacją wymaganą przez  PFRON,  aby uzyskać dofinansowanie na ten niezbędny sprzęt .Po przebyciu całej procedury i złożeniu wniosku nastąpiło niecierpliwe oczekiwanie na decyzje.

Czas się dłużył, ale warto było czekać, do dziś pamiętam i nigdy nie zapomnę tej wielkiej radości, kiedy okazało się że, wniosek został rozpatrzony pozytywnie. W wyborze modelu  wózka pomógł mi mój rehabilitant i zarazem przyjaciel Darek. Najpierw wspólnie wybraliśmy odpowiednie parametry, później telefonicznie Darek zamówił katalogi, przeglądając je  rozważaliśmy różne warianty w końcu wybór padł na wózek firmy Sped, jak się okazało po wielu latach eksploatacji, to był doskonały wybór…
Model wózka został wybrany, ale środki przyznane przez PFRON były zbyt małe. W tym momencie znów uruchomił się precyzyjny mechanizm przyjacielskiej pomocy. Pracownicy Domu Pomocy Społecznej, rodzice, lokalni radni, mieszkańcy wsi wszyscy zaangażowali się w zbiórkę brakujących środków. Pani Jola poprosiła o wsparcie Pana radnego z Koła, który potrafił dotrzeć wszędzie i swoimi działaniami znacznie przyspieszył termin zakończenia zbiórki. Dzięki tym wszystkim wspaniałym ludziom, wkrótce śmigałem po korytarzach za siostrami ;) nowiutkim wózkiem.

Mojej radości nie da się opisać, to jakby dostać w prezencie  skrzydła i poszybować do chmur . Zdobycie wózka otworzyło  kolejny etap mojego  życia, w którym towarzyszyło mi poczucie większej swobody i samodzielności ,nie chciałem z niego  zsiadać, jeździłem wszędzie towarzysząc siostrom w ich pracy, byłem niestrudzony do pojawienia się odleżyny, która  znacznie ograniczyła te wyjazdy .

W międzyczasie otrzymałem jednoosobowy pokój, gdzie mogłem  urządzić się jak w domu. Taki pokój dawał poczucie prywatności i swobodę przy odwiedzinach i spotkaniach . Szybko minęło pół  roku i  całkiem dobrze czułem się wśród nowych przyjaciół, jak w drugiej rodzinie . Musiałem zadecydować czy odchodzę, czy pozostaje na dłużej. Ponieważ było mi dobrze, więc  bez zbędnego zastanawiania się przedłużyłem pobyt na czas nieokreślony.  Miałem   świadomość, że w ten sposób odciążam rodziców i zarazem zapewniam sobie  lepsze warunki . W domu zajmowaliśmy jeden pokój i kuchnię, to niezbyt wiele dla rodziny z sześciorgiem dzieci. Na wszystkie święta i wakacje przyjeżdżałem  na przepustkę  do domu. Za każdym razem w rodzinnych stronach, w domu z rodzicami i rodzeństwem czułem się doskonale.

(Moi przyjaciele, czyli siostry i opiekunowie byli ode mnie trochę starsi, mieli większe doświadczenie i posiadali życiową mądrość. Ich życzliwość zachęcała mnie do szczerych rozmów na różne tematy, dzięki którym wiele rozmyślałem nad życiem i dużo się nauczyłem. Poznawałem nie tylko siostry, ale ich całe rodziny, dzieci, problemy i radości, to było bardzo miłe, bo poczułem zaufanie, którym mnie obdarzały)
Przyjaciele doszli do wniosku, że mój pokój jest miejscem zwierzeń, pogawędek i wsparcia, wtedy poczułem się potrzebny i to dodawało mi skrzydeł. Więzi które się miedzy nami zrodziły zaowocowały trwałą przyjaźnią i bezcennym zaufaniem, dziś jeszcze możemy iść razem „konie kraść” .

Pani Oddziałowa to wspaniała kobieta o wielkim sercu, ale musiała trzymać dyscyplinę i zawsze starannie oddzielała sprawy służbowe od prywatnych.  Czasem, kiedy się zasiedzieliśmy, rozganiała nas, bo nie mogliśmy się rozstać, a przecież nie byłem sam, doglądnąć trzeba było pensjonariuszy z całego parteru.  W domu mieszkały przede wszystkim  osoby starsze i schorowane, byłem najmłodszy, byłem takim rodzynkiem, który  dość mocno się wyróżniał Pani Oddziałowa bardzo się o mnie troszczyła, dbała o moje samopoczucie, ale tak samo traktowała pozostałych pensjonariuszy. Czuwać nad całym oddziałem, to trudna i odpowiedzialna praca i jak wszędzie, nie obyło się bez nieporozumień. Dzięki  zaradności  Pani oddziałowej  wszystkie udawało się szybko i dokładnie wyjaśnić  .

Wspominałem już o moich przyjacielskich  relacjach z personelem, ale każda jego część  wnosiła coś innego.  Płeć piękna otaczała mnie ciepłem, dawała poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, zaś panowie, traktowali mnie jak młodszego kumpla. Zabierali mnie na męskie spacery, do siłowni gdzie przyglądałem się jak ćwiczyli, a w trakcie męskich rozmów mogłem  poznać ich osobowość  i zaczerpnąć coś  dla siebie. Głęboko w serce zapadły mi ich cenne rady, o których do dziś pamiętam. Czułem się potrzebny, dając im  w zamian radość i pokazując,  że lekcja pokory, którą przebyłem nie załamała mnie. Zawsze korzystałem z okazji  i uczestniczyłem w imprezach organizowanych przez kierownictwo placówki, była to okazja do pogłębiania przyjaźni  i wspólnej zabawy. To były cudowne chwile, czułem się tak swobodnie, była muzyka tańce, zapominałem o niedogodnościach, po prostu  czułem że żyję, czułem że chcę żyć!

Obok pięknych chwil, bywały też gorsze, a czasami złe.  Dokuczały mi niekończące  się infekcje dróg moczowych, nawracające zapalenia płuc i dwukrotne całkowite zakażenie organizmu (sepsa) w ciągu roku. W takich chwilach szczególnie czuje się prawdziwą przyjaźń jakiej doświadczałem ze strony personelu.  Kiedy tygodniami trawiła mnie gorączka, dzień i noc dyżurowali przy mnie. Robili wszystko, aby ulżyć mi w cierpieniu. Czułem tę szczerą troskę i wsparcie, byli ze mną na dobre i złe, za co raz jeszcze wszystkim z całego serca dziękuję, wszystkim i każdemu z osobna, kochani nigdy tego nie zapomnę. Tu szczególne uznanie dla Pani Dyrektor, której zawdzięczam życie. Niezdecydowanie  pracowników pogotowia ratunkowego sprawiało, że ambulanse przyjeżdżały, podawały kroplówkę  i odjeżdżały, nie widząc konieczności  specjalistycznych badań, a mój stan zdrowia wciąż się pogarszał. W końcu interwencja Pani Dyrektor u dyrektora szpitala w Kole doprowadziła do przyjęcia mnie na oddział, wykonania potrzebnych badań  i postawieniu diagnozy : posocznica (sepsa). Natychmiast podjęto intensywne leczenie, ale…trwało to miesiąc i był to najtrudniejszy okres w moim życiu, to był koszmar.

Jak już wspominałem mieszkańcy naszego Domu, to osoby starsze, bardzo schorowane, a także osoby, które z powodu złego stanu zdrowia wymagały ciągłej opieki. Moje zawadiackie usposobienie powodowało, że bez problemów  nawiązywałem kontakty nie tylko z sympatycznym personelem, ale i z mieszkańcami. Szybko „złapałem” kontakt z Panem Wiesiem, jego bratem Panem Jankiem i Panem Tadeuszem. Jak wiadomo starsze osoby maja sporo czasu i mogą poświęcić go na rozwijani swoich pasji. Wspomniani Panowie z pasją grywali w szachy. Osiągnęli na tyle wysoki poziom, że z powodzeniem reprezentowali nasz Dom na przeróżnych konkursach szachowych, zdobywając wysokie lokaty. Intensywnie im kibicowałem. Panowie próbowali i mnie zarazić swoją pasją, ale chyba zabrakło mi cierpliwości i stwierdziłem, że to nie na moją głowę. Mimo tego, lubiłem przyglądać się jak grają, lubiłem te rozmowy, które toczyliśmy w trakcie gry, to wszystko tworzyło swoisty klimat.
Wielu znajomych znalazłem wśród osób przyjeżdżających w odwiedziny do swoich bliskich. Wymienialiśmy uprzejmości, rozmawialiśmy miło o drobiazgach. Te przelotne rozmowy dawały mi wiele radości.
Nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że sympatyczniejsza atmosfera panuje między uczestnikami rehabilitacji. Czułem większą życzliwość. Kłanialiśmy się sobie wzajemnie mówiąc „dzień dobry”, życząc miłego dnia, zdrówka, wymienialiśmy szczere uśmiechy. Być może dlatego, że łączyła nas wspólna idea „być sprawnym na maxa”?

W naszym Domu wyróżniająca się grupą  były stażystki, których uroda przykuwała wzrok ;) to były wspaniałe młode dziewczyny, nie wszystkie pamiętam z imienia, ale wiele osobowości zapadło mi w pamięć. Podczas codziennych spotkań rodziły się koleżeńskie relacje, których znaczenia nie sposób przecenić. Dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach o celach do których podążamy, o oczekiwaniach, o życiu. Zawsze mogłem liczyć na pomocną dłoń, uśmiech, radość i serdeczność pięknych stażystek.
Inną  grupę moich znajomych stanowiły osoby, które dochodziły na rehabilitację z zewnątrz, i takie , które z powodu turnusu rehabilitacyjnego  czasowo mieszkały w naszym Domu. Należeli do nich Pan Rysiu i Pan Jurek, niezwykle życzliwi ludzie, od których otrzymałem wsparcie i dużą pomoc.
Panowie, zawsze będę to pamiętał i zawsze z wdzięcznością myślał o Was.

Wszystkie osoby mieszkające w naszym Domu mam  głęboko w swojej pamięci. Kiedy minionego lata odwiedziłem Dom Pomocy Społecznej w Kole z radością zaglądałem do pokoi moich dawnych towarzyszy. Miło było spojrzeć sobie w oczy i przypomnieć to, co dobre.
Myślę jednak, że najważniejszą osobą którą poznałem w DPS-ie, która z czasem została też jego mieszkańcem, jest Ksiądz Kazimierz Chłopecki . Jest kapelanem ośrodka. Bardzo szybko nawiązaliśmy bliskie relacje. Ksiądz odwiedzał mnie codziennie, modliliśmy się, Ksiądz czytał mi książki. Jego spokojny, ciepły  głos łagodził wszystkie rozterki, robiło mi się tak dobrze, że…czasami przysnąłem. Wtedy wymykał się cichutko, by znów powrócić z radością.
Szczególnie gdy chorowałem i mój stan był bardzo ciężki, czuwał przy mnie, nieustannie wypytując lekarzy w jakim kierunku idą zmiany, wspierał moją zatroskaną kochaną Mamę. Swoją modlitwą i ciepłym słowem dawał mi poczucie bezpieczeństwa, pokój serca i nauczył  ufności  Panu Bogu. Nieprzecenione były chwile spędzone z Księdzem Kazimierzem tuż po śmierci Taty. Duchowe wsparcie i modlitwa pozwoliły przeżyć mi ten trudny okres. Nie sposób słowami wyrazić dobro, którego doświadczyłem ze strony Księdza Kazimierza, który w czasie rozmów o życiu wyznał, że i on wiele ode mnie się uczył. Dziś Ksiądz Kazimierz, jako emerytowany duszpasterz  odprawia w kaplicy codzienna Mszę św. i nieustannie wspiera mieszkańców.

Śmierć bliskiej osoby zawsze jest zaskoczeniem, dramatem i przejmuje przenikliwym bólem. Tego wszystkiego doświadczyłem po śmierci Taty
Tato uległ wypadkowi drogowemu w wyniku którego, doznał rozległych obrażeń całego ciała i mózgu. Przez miesiąc leżał na oddziale intensywnej opieki medycznej w szpitalu w Koninie. W tym okresie najtrudniej było Mamie, która musiała sprostać wszystkim codziennym obowiązkom mimo, że serce tak bardzo bolało, widząc gasnące życie męża, przyjaciela, ojca jej dzieci.  Codziennie Mama dojeżdżała autobusem do szpitala, by czuwać przy Tacie, a w drodze powrotnej zaglądała do mnie do Koła. Mamo, jak Ty to robiłaś? Skąd czerpałaś siły? Widząc Mamę wyczerpaną i zmartwioną pocieszałem ją, jak umiałem, dodawałem otuchy, nadziei, zarażałem ją swoją wiarą, że wszystko się ułoży.

Po miesiącu zniecierpliwiony swoją bezradnością poczułem wewnętrzna potrzebę, aby odwiedzić Tatę. Opatrzność czuwała. Mimo sprzeciwu pielęgniarek, obawiających się o mój stan zdrowia, a przede wszystkim kondycję psychiczną, zorganizowałem wyjazd. Poprosiłem opiekuna Arka i kierowcę Antoniego, aby pojechali ze mną do szpitala w Koninie, na oddział i jak się później okazało do pokoju, w którym  parę lat wcześniej ja sam walczyłem o życie i Tato był wtedy przy mnie. Miałem obawy, że nie dam rady, że nie podołam, że się rozkleję, ale byłem przekonany, że mimo wszystko muszę spotkać się z Tatą.
Kiedy wjechałem do sali, Tato miał spokojną twarz. Był w śpiączce, ale to nie przeszkodziło nam w nawiązaniu kontaktu, „porozmawialiśmy” ze sobą jak ojciec z synem, to była rozmowa naszych serc. Na pożegnanie, Arek połączył nasze niewładne ręce, ręka w rękę ojciec i syn, tak jak zawsze było w naszym życiu. To był nasz ostatni dotyk dłoni, to było pożegnanie ostateczne. Tato odszedł po trzech dniach, w niedzielę. Ten moment uświadomił mi dlaczego tak bardzo ciągnęło mnie do niego. Przez wymowny dotyk jego dłoni zrozumiałem, Tato czekał na mnie. Za sprawą Ducha Świętego poczułem co chce mi powiedzieć. Prosił, abym zadbał o rodzinę, o Mamę i rodzeństwo. Wiedziałem, że to wielka odpowiedzialność, ale przyjąłem tę rolę z dumą , zrozumiałem, że mimo mojej  niepełnosprawności żyję na tym świecie właśnie po to, aby po ojcowsku zaopiekować się rodziną.

Pobyt w domu Pomocy Społecznej w Kole z całym wachlarzem chwil dobrych i trudnych, to czas kiedy z chłopaka przeobraziłem się w mężczyznę. Wszystkie osoby które tam spotkałem ofiarowały mi cząstkę siebie, każdy wniósł coś bardzo osobistego w mój rozwój duchowy i emocjonalny, dali mi siłę do walki ze wszystkimi przeciwnościami, które napotykam na swojej drodze, zaszczepili wiarę w ludzi, utwierdzili w przekonaniu, że życie jest piękne i warto przeżyć je w pełni, wśród przyjaciół i ludzi życzliwych. Wrażliwe serca personelu i wielka serdeczność, której doświadczyłem są dla mnie drogowskazem w mojej  niepowtarzalnej podróży – w życiu! Z całego serca dziękuję, że Pan Bóg przywiódł mnie do Was, że mogłem Was poznać i Wy poznaliście mnie. Dziękuję za Wasze dobro, które owocuje i zatacza coraz szersze kręgi.

Dziękuję całym sercem !

Posted in Mój blog | 3 Comments

Lato 2014 !!!

indeks W tym roku lato i przeżycia z nim związane przerosły moje najśmielsze oczekiwania. A lato było piękne tego roku ;) było niesamowite i obfite w nowe znajomości, w odwiedziny znajomych, w przeróżne wyjazdy, spacery i oczywiście spełnienie marzenia. Chciałbym Wam w skrócie opisać moje wrażenia i pokazać, że my – osoby niepełnosprawne nie musimy tylko leżeć w domu… możemy żyć pełną piersią – tak jak ja staram się to robić. Staram się nie przepuścić żadnej chwili, bo wiem, żadna nie powróci, a każda z nich jest cudowna i dana od Boga .

Najistotniejszym momentem lata był oczywiście wyjazd z rodziną do Zakopanego. Ten kto mnie zna i śledzi stronkę wie, że ten wyjazd to spełnienie mojego marzenia. Nic nie jest w stanie go zastąpić. Wspomnienia już razy były tu zamieszczane, więc nie będę drugi raz się nimi chwalił, chętni mogą zajrzeć do nich klikając w link „Chcieć to móc – moje Zakopane”

W czerwcu oczywiście oprócz spacerów, na których mój wózek mnie nie zawiódł zorganizowaliśmy w wraz z koleżankami i kolegami z mojej ósmej klasy spotkanie klasowe. Poprzez negocjacje i postanowienia organizacja spotkania odbywała się u mnie. Spotkanie przebiegło w miłej i przyjemnej atmosferze.
5 lipca wybrałem się spotkanie, które odbyło się w restauracji pod lasem. Mięliśmy do dyspozycji altankę, grill i ognisko. Po 20 latach spotkałem swoją wychowawczynię i co niektórych znajomych z klasy. Zobaczyć ich po tylu latach to niesamowite uczucie. Uśmiechy, rozmowy, kto co robi, jak żyje, to było jak cofnięcie w czasie. Mnóstwo wspomnień, spotkanie przednie z trunkami i tańcami ;) Aż się nie chciało rozstawać, ale przecież za rok można znów będzie powtórzyć ;)

Moje spacery były niesamowite – dawały mi poczuć powietrze, przyrodę, pochłaniałem widoki, spotykałem się ze znajomymi, odwiedzałem ich w domach. Te uśmiechy i radość że jestem z nimi, że chcą mnie gościć w swych domach – niezapomniane uczucie. Było tych spotkań i odwiedzin naprawdę dużo, nawet nie jestem w stanie tu wszystkich opisać nawet spamiętać, ale wiem jedno dają mi one niesamowitą chęć do życia i działania i brania chwil. Bo są pięknymi i dającymi motywacje, zostają w sercu na zawsze.

Przejechałem wózkiem tego lata ponad 700 km co już świadczy ile mogłem pozwiedzać. Oczywiście w swych okolicach i bycia zawsze z kimś przy moim boku co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Do dalszych wyjazdów pożyczałem busa od życzliwych kochanych ludzi gdzie nigdy z tym problemu nie było. Wyjazd do Lichenia z rodziną … msza i bycie w miejscu, gdzie objawiła się Matka Boska i jej stopki są corocznym naszym wypadem rodzinnym i pięknym przeżyciem uwieńczonym modlitwą. Wyjazd, o którym kiedyś wspomniałem do Ostrowa na pokaz lotniczy, wyjazdy do Turku, wyjazdy na imprezy plenerowe – ach sporo tego, ale wszędzie w miarę swych możliwości starałem się być by nic nie stracić – tylko zyskać. Ogniska, które organizowałem u siebie z rodziną, kuzynami także z kolegami i życzliwymi mi osobami, to chwile które utwierdzają mnie że wokół mnie jest pełno uśmiechu i dobrych ludzi, którzy pomagają mi w codziennym życiu – są ze mną, wspierają mnie gestem i dobrym słowem. Takim dość głębokim przeżyciem było udanie się z pielgrzymką z Turku do Galewa . Modlitwa, po której przypomniałem sobie jak sam szedłem na własnych nogach w 1991 roku na pielgrzymkę do Częstochowy i zjazd światowy młodzieży z naszym Janem Pawłem II – tego nikt mi nie odbierze.

W tym roku poprzez Internet poznałem trzy wspaniałe osoby, które mnie odwiedziły w domu. Było to miłe i niesamowite uczucie – co innego wirtualna znajomość, wirtualne rozmowy, a co innego tak realnie. Trzy kobietki pokonały wiele kilometrów, aby się ze mną spotkać. Poświęciły swój czas, aby być choć trochę ze mną. Będą to dla mnie niezapomniane chwile. Te spotkania już na zawsze zostaną w mym sercu. Dziewczyny Wy wiecie o kim ja mówię ;) Macie wrażliwe serca, jesteście otwarte… Wasze podejście do mojej osoby dało mi dużo radości. Wasza obecność, wparcie, wasza modlitwa to dla mnie radość życia.

Już pod koniec lata odwiedziłem DPS, w którym przebywałem i mieszkałem 4 lata i gdzie do tej pory pielęgniarki (dla mnie jak siostry) zawsze mnie odwiedzają, zawsze pamiętają. Tutaj też było moc wrażeń i wspomnień. Zobaczenie swego pokoju, spotkania z pensjonariuszami, z księdzem, z którym tam się zaprzyjaźniłem, oraz z ludzi tam pracującymi – z zawsze życzliwą p. Jolą, kolegą Darkiem, rehabilitantem… Spotkanie ich wszystkich i moich sióstr było miłym czasem spędzonym na rozmowach z uśmiechem i serdecznością .

Tego lata przezwyciężyłem lęki przed dalekimi podróżami i wyjazdami. Stałem się jeszcze bardziej otwarty na ludzi. Chcę być wśród nich i napawać się ich radością, uśmiechem i życzliwością do mnie mimo mej niepełnosprawności .
Opieka rodziny: mamy, sióstr jest tu wielkim elementem wsparcia, ponieważ bez nich i tak dobrej kondycji (prawie bez odleżyn co tu siedząc tyle na wózku nie da się ich uniknąć) nie było by mi dane tyle celów zrealizować i być wszędzie tam, gdzie byłem. Tu wielkie podziękowanie i szacunek dla mojej wspaniałej rodziny ;)

Dziękuje wszystkim co spotkali mnie na swojej drodze, tym, którzy dali ciepły uśmiech i dobre słowo. Obyśmy się spotkali następnego lata jakże pięknego, ładującego życiowe akumulatory na cały rok…
Do zobaczenia w terenie ;)

Żyjmy chwilą, cieszmy się chwilami, najmniejszymi drobiazgami, łapmy życie pełnymi garściami, bo nie wiemy kiedy nasze życie się skończy. A życie to jeden wielki dar ….

Posted in Mój blog | Leave a comment

Bezinteresowna pomoc !!!

images Co to w ogóle jest życzliwość?

Uśmiech, ciepłe spojrzenie, kilka drobnych słów. Nie wymuszona grzeczność, czy udawanie, ale życzliwość. Słowo zapomniane chyba trochę. W sklepie, szkole, domu na ulicy. Z obawy przed reakcją otoczenia zamykamy się w sieci własnych lęków i kompleksów. Jak nas odbiorą inni? Jeśli powiemy cos miłego, uśmiechnę się do obcej osoby… Jak to przyjmie? Życzliwość to także życie w prawdzie i szczerości oraz szczęściu w stosunku do siebie i innych ludzi. Dążenie do pełni szczęścia i osiągnięcia wymarzonych celów, zdobyciu tego, czego się pragnie. W tym wszystkim na pewno pomaga życzliwość. Jeśli będziemy żyć w prawdzie i szczerości oraz szczęściu z samym sobą to będziemy żyć w zgodzie życzliwości z innymi- z całym światem. Wystarczy jeden uśmiech, dobre słowo a czasami ustąpienie miejsca w autobusie. Wtedy robimy dobry uczynek, ale także ludzie nie patrzą na nas jak na kogoś, komu nie można zaufać- będąc życzliwym zdobywamy zaufanie a przy okazji przyjaciół, nowe znajomości. Nie ma się, czego bać, aby być życzliwym, przecież każdy lubi jak ludzie dokoła są szczęśliwi i życzliwi.
Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany. To się opłaca! Jeżeli jesteś życzliwy i pomocny dla innych, nie tylko oni czują się lepiej. Ty również. Poza tym, to wróci do Ciebie. Ludzie zapamiętają Cię milej i prędzej czy później odwzajemnią Ci się tym samym. Nigdy nie wiesz, kiedy to będzie; może ktoś Cię komuś poleci, choć wcale nie będzie musiał tego robić?! A może po prostu ludzie będą się szeroko uśmiechali na Twój widok! Czy nie o to chodzi?!

Kochani do czego zmierzam?
Otóż wózek, który prowadzę obsługując joystick brodą jest bardzo czuły, a każda różnica poziomów jest barierą, która powoduje, że najczęściej muszę rezygnować z wyjazdów poza dom. Tak było do niedawna, a teraz dzięki życzliwości Pana Marka Ciesielskiego oraz kierownictwa firmy Modertrans jedna z takich barier została pokonana. Bez przeszkód mogę odwiedzać moich przyjaciół i gościć u nich w domu .Takie spotkania są dla mnie wielka radością, myślę że dla każdego z nas są one bardzo ważne .

Mało jest ludzi, którzy chcą tak bezinteresownie pomagać. Gdyby takich osób było więcej było by lżej takim osobom jak ja i w ogóle innym potrzebującym – tylko potrzebna jest wyrozumiałość i chęć pomocy innym, a nie jak jest ogólnie i w większości – zawiść ludzka, bo ten ma to, a ten tamto. Ja nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem i nie zazdroszczę – przecież każdy sam na to wszystko co ma pracuje, każdy jest kowalem własnego losu .

Postawa Pana Marka Ciesielskiego jak i firmy Modertrans dowodzi, że wciąż jeszcze można spotkać szlachetnych ludzi, dla których niesienie pomocy innym jest wielką wartością.

Za okazaną pomoc raz jeszcze serdecznie dziękuję. Na dowód bezinteresownej pomocy dołączam Wam zdjęcia – sami zobaczcie co pozwoliło mi pokonać jedną z barier.

Z wyrazami wdzięczności i szacunku
DSCF3685

DSCF3686

DSCF3687

Posted in Mój blog | 3 Comments

„Chcieć to móc – moje Zakopane”

Zak_Zakopane_Tatry_WID_06048062p-Chcieć to móc realizować marzenia

Pierwszy dzień wyjazdu o 5.00 rano dnia 13.08.2014 roku przygoda marzenie się rozpoczyna ja z mamą i rodziną w busie i przed nami 410 km .Podekscytowany pełen obaw i strachu, niepokoju, ale ufam Bogu i oddaje się w Jego ręce .

Przejeżdżając obok Częstochowy już po 180 km kierujemy się na Kraków, a stamtąd już nasz cel czyli Zakopane coraz bliżej .Po drodze kilka postojów na rozprostowanie kości i pójście do toalet ,za Krakowem krajobrazy coraz piękniejsze i tereny już bardziej górzyste, ale to przecież namiastka tego co będziemy widzieć ;) . Na Zakopiance ruch coraz większy zbliżamy się do celu widząc coraz piękniejsze górzyste tereny – nasze niesamowite góry. Godzina  14.00 dojechaliśmy do celu naszego pobytu i pokoi, które były wcześniej zarezerwowane. Pierwsze wrażenie domku w którym mieliśmy przenocować cztery doby przeraziło. Oczekiwania były inne – mały próg a tu wąski przejazd, gdzie mieściłem się tylko na milimetry i dwa duże progi, ale dzięki szwagrowi i bratu udało nam się rozwiązać ten problem i daliśmy radę, nie raz strach ma wielkie oczy. Po rozlokowaniu się w pokojach i po posiłku chociaż zmęczeni i wyczerpani podróżą wyruszyliśmy na spacer podziwiając widoki, które nam towarzyszyły w okolicach naszego noclegu, a były to niesamowicie wysokie podjazdy pod górki, przepaści i w tle potężne góry i całe Zakopane. Dociera do mnie tu, że spełniam swoje marzenie i jestem tu w Zakopanym.

Następnego dnia pobudka poranna, toaleta, śniadanie z rodzinką i za oknem niezachęcająca pogoda do wyjazdu. Oczywiście nie przyjechaliśmy aby leżeć w pokoju, więc mimo złej aury ruszamy na Kasprowy Wierch, gdzie wcześniej szwagier załatwiając wjazd dla osoby niepełnosprawnej docieramy do kolejki liniowej. Przemiła obsługa, co tu muszę bardzo pochwalić, szybka reakcja, podejście do człowieka. Do kolejki dostałem się windą, gdzie obsługa się pięknie spełniła. Sam wjazd do kolejki mimo dużej ilości oczekujących ludzi od razu wjeżdżałem do kolejki. Podjazd z przesiadką w połowie drogi do drugiej kolejki pełen wrażeń strachu i emocji, gdzie ten Harnaś jedzie??? ;) Lecz  wjazd i zobaczenie tego wszystkiego z góry rekompensuje wszystko. Niesamowite widoki zapierające dech w piersi mimo padającego deszczu, który nic mi nie przeszkadza bo jestem na Kasprowym Wierchu. Będąc tam ponad dwie godziny nasyciłem się widokami i tym, że jestem w górach wysokich górach co było dla mnie niewyobrażalne a stało się rzeczywistością i spełnieniem Marzen prze-szczęśliwy ;) Niska temperatura mianowicie 9 st. i wysokość 1987 m.n.p.m. oraz padający deszcz nie zniechęciły mnie do gór wręcz przeciwnie pod wrażeniem gór dawały mi energii gorąca herbatka i mała kanapka  i do przodu z uśmiechem na twarzy .Po zjeździe i podziękowaniu obsłudze za miłą oraz profesjonalne podejście do osoby niepełnosprawnej nadal w deszczu wyruszyliśmy na skocznie co tylko w telewizji widziałem a tu jestem na żywo wow ;) Wrażenia Wielkiej Krokwi i Krupówek niesamowite nie do opisania to po prostu trzeba widzieć .

a 002

Trzeci dzień zaplanowane Morskie Oko w sprzyjającej aurze zapowiadał się wyjazd super jednak  jadąc dalej tuż przed głównym parkingiem dzieliło nas 5 km i tu policja nas nawróciła z powodu już wielkich korków oraz przepełnienia ludzi a była ich masa .Jadąc z powrotem oczywiście zawiedziony pojechaliśmy zwiedzić Krupówki już dokładnie  spotykając się z masa ludzi i to rożnych narodowości wszystkich sympatycznych i pod wrażeniem magii gór .Dojechawszy do punktu noclegu poszliśmy w piękne okolice roztaczających się gór i całego Zakopanego które również zapierały dech w piersi  .

 

Sobota wstajemy już po 7 z myślą dostania się nad wymarzone  morskie oko w końcu to był mój cel , już szwagrowi mówię dziś jedziemy wszystkich przekupujemy jedziemy na ostro ;) bo w końcu taka okazja już może się nie powtórzyć . Na szczęście już jadąc poza Zakopanem widzimy tzn. nie widzimy zaparkowanych na poboczach samochodów co dawało nam większą nadzieję i rzeczywiście nie było takiego natężenia co w piątek i dojechaliśmy do parkingu już przed drogą nad wymarzone morskie oko  ale do celu jeszcze aby 9 km ale już o własnych siłach .

I to było najpiękniejsze 9 km na wózku wśród przepięknych gór , strumyków wodospadów , przepaści i potęgi gór ten czas spaceru – ale gdzie w górach nie koło mojego domu, a w pięknych górach co km to większe emocje, wrażenia . Idąc spacerem ja na wózku się nie męczyłem rodzina i mama zdyszani – mówię przecież nie jest tu tak stromo, ale to było tylko złudzenie gdzie pokazywało na szybkim spadku mocy akumulatorów wtedy już myśl a jak wóz nie da rady? ale mówię musi w końcu bryka która wszędzie mnie wozi i tu da sobie rade .

Piękne zakręty po 180 stopni i dalej do przodu w przepięknych widokach przyrody  przejeżdżających w zaprzęgach konnych i te widoki co namiastkę oddaje na zdjęciach bo to po prostu trzeba widzieć na własne oczy każdemu polecam.

Świeże powietrze czuło się w płucach, emocje pędziły nas do przodu ale tu już pięknie na drodze a co dopiero przy celu, a cel już nie daleko już tuż tuz…  Dojeżdzając zobaczywszy wszyscy wyczerpani mój wózek na czerwone baterie ale to nie było ważne tylko tu i teraz przy Morskim Oku nasycić się pięknem natury i tymi przepięknymi widokami potęgi i piękna gór . Stojąc tam i chłonąc to tu w sercu umyśle jeszcze wychodzi słonko których w promieniach słońca  mogę się ogrzać i to gdzie nad morskim oku uczucie niesamowite mógł bym już tam zostać . Zjeżdżając z powrotem dopiero zobaczyłem jak tu stromo się podjeżdżało i nie dziwie się że tak wszyscy opadli z sił i mój wózek też, ale teraz już z górki wiec bez problemów daliśmy rade .

Mamusi już nie męczyliśmy zjechała sobie zaprzęgiem konno a my spacerem przed siebie zostawiając za sobą Morskie Oko . To co przeżyłem zobaczyłem nasyciłem życiowe baterie chęć życia dałem rade ziścić marzenia co myślę uczyniło lub uczyni mnie mocniejszym silniejszym tam czułem ze Bóg opaczność czuwała nad moją osobą. Moja rodzina dała mi siłę do pokonania wszystkich lęków i przeciwwskazań do tego wyjazdu i spełnieniu marzeń Bóg zapłać .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedziela wyjazd już do domu kiedy ten czas minął ale niestety czas ucieka nie zatrzymamy go więc tak ważne jest żyć pełnymi garściami karmić się pięknem świata przyrody ludzi to Bóg stworzył dla nas nie marnujmy szans na życie nie marnujmy życia tylko żyjmy zgodnie i życzliwie, godnie z sumieniem. Jadąc do domu wstąpiliśmy do Częstochowy na modlitwę i podziękowanie za bezpieczna jazdę że dałem radę i za siłę którą otrzymałem .

Także chciałem podziękować całej mojej rodzinie, która się mną starannie opiekowała, szwagrowi za bezpieczne kierowanie busem  dojechanie i oprowadzenie .

Pani Joli i Panu Andrzejowi za udostępnienie samochodu, który sprawdził się w każdym calu oraz osobie która chce pozostać anonimowa – lecz bez motywacji i wsparcia  ta wyprawa mogła być niemożliwa i oczywiście za modlitwy dobre słowo wszystkim tu osobom że tak pięknie mnie wspieraliście, motywowaliście gdzie dzięki tym wszystkim czynnikom i Bogu udało się zrealizować to marzenie za co bardzo dziękuję.

 

 

 

 

Posted in Mój blog | 1 Comment

Kalendarz Majowych Imprez

krajobraz_Polska_01

Ejże Maju!
Pozwól up­ragnionym bzom zakwitnąć,
Daj młodym miłością się zachłysnąć,
Daj nadzieje i przyzwolenie,
Na długie zi­my zapomnienie…

 

 

Maj – miesiąc piękny i pachnący… urozmaicony w wyjazdy, spacery, spotkania, imprezy… przeplatający się ze zmartwieniami i pobytem mamy w szpitalu.

Początek mają był ciepły, zacząłem wyjeżdżać na spacery… nie było jednak tej radości, która powinna we mnie być. Na 5maja mama miała termin koniecznego zabiegu operacyjnego. Wszystkie myśli skierowane były w tamtą stronę, czy się uda, jak sobie poradzimy… Z powodu przeziębienia zabieg został przesunięty i mama trafiła do szpitala dopiero 15maja, a zabieg został wykonany cztery dni później. Mieliśmy więc czas na rozmowę i organizację tych dni, gdy mamy nie będzie. Bo jak wiecie i nie jeden już raz wspominałem wszystko kręci się wokół Mamy, a teraz pierwszy raz miało jej nie być tak długo. Dla niektórych to nic – ale w naszej – mojej sytuacji nie jest to takie łatwe. Starałem się nie pokazywać po sobie jak bardzo się martwię, ale niektórym udało się dostrzec ten towarzyszący mi niepokój. I wiecie co – teraz gdy mija już 3tygodnie odkąd mama jest w domu i dochodzi do siebie wiem że wszystkie obawy były nie uzasadnione. Nie potrzebnie aż tak się martwiłem. Doskonale daliśmy sobie z rodzeństwem radę. Mieliśmy grafik – co, kto, gdzie i kiedy :) Teraz mama już wróciła do domu, dochodzi do siebie, a my staramy się jej w tym pomagać…

Tak więc pobyt mamy w szpitalu nie należał do najprzyjemniejszych, ale mimo to znalazłem chęć do tego, aby maj przeleciał z uśmiechem na twarzy. W kilku słowach postaram Wam się opisać, co robiłem w niektóre dni. I tak:

18maja zupełnie spontanicznie wybrałem się na festyn Lotniczy „Lotnisko Bliżej Miasta” w Michałkowie (k. Ostrowa Wielkopolskiego). Pojechaliśmy ze szwagrem i bratem oraz z  panią Jolą i jej mężem Andrzejem ich sprawdzonym samochodem… chwytałem piękne widoki… oczom nie mogło nic umknąć… chwytałem całym sobą, całym sercem… tak długo czekałem na to wydarzenie. Niesamowite wrażenia, umiejętności polskich i zagranicznych pilotów zapierały dech w piersiach. I wiecie co – byłem bliski spełnienia mojego marzenia o locie helikopterem… ale to nie był ten czas, to nie była ta właściwa chwila na spełnienie tego marzenia…

 

 

23maja jakiś czas przed tym dniem zostałem zaproszony na rajd połączony z dobrą muzyką zorganizowany przez zaprzyjaźnione Stowarzyszenie TUR4x4. I tym razem również przeżyłem niezapomniane chwile wśród znajomych, wśród ryku silników, wśród maszyn – quadów, motorów, zabytków motoryzacji. Warto było tam jechać i mile spędzić czas – mimo małej niedyspozycji żołądka nie dałem za wygraną i musiałem tam być ;) Na drugi dzień rajd odbył się na terenie za moim domem, niestety pogoda nie pozwoliła abym mógł w nim uczestniczyć, ale dostałem ciepłe podziękowania od Stowarzyszenia za pomoc w organizacji imprezy. Cieszę się że chociaż w pierwszy dzień mogłem tam być :)

a 001 (745x1024)

 

25maja nadeszła wyczekiwana komunia mojego siostrzeńca Bartosza. Niestety mama w tym czasie była nadal w szpitalu, ale cała nasza reszta dała radę i przy pełnej mobilizacji stawiliśmy się w całej okazałości pod krawatami najpierw w kościele, a potem w lokalu, gdzie Bartosz dostał swój wymarzony prezent komunijny – rower (nie mogliśmy tego nie uwiecznić na zdjęciu). Wiecie już że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych – skoro babcia nie mogła, to Bartosz w odświętnym stroju komunijnym poszedł do babci do szpitala. Można przecież i tak :)

 

30maja wybrałem się na STREETS OWNERS grupy kaskaderskiej. Czemu się wybrałem? Bo wygrałem bilet na portalu tureckim z darmową wejściówką na imprezę J Grupa uraczyła mnie i innych uczestników niesamowitymi pokazami zapierającymi dech w piersiach. To była kolejna dawka emocji i wrażeń, których po zimnie mam wciąż zdecydowanie ZA MAŁO ;)

1czerwca – niedziela, piękna pogoda i zorganizowany w Turku Dzień Dziecka z różnymi atrakcjami takimi jak wozy policyjne, sprzęt wojskowy, karabin snajperski itd. Nie mogło mnie tam zabraknąć. Więc popołudniu z siostrą wybraliśmy się do Turku na stadion gdzie odbywała się impreza. Na miejscu mnóstwo ludzi, mnóstwo atrakcji i dużo znajomych, z którymi trochę pogadałem. Miło widzieć kogoś po dłuższym czasie – to trochę tak jakby się cofnąć w czasie i usłyszeć mile słowa – jak dobrze Cię widzieć. A po powrocie grill rodzinny – no w końcu dzień dziecka, to dzień każdego z nas, bo któż w głębi serca nie czuje się dzieckiem ;)

DSC01763 (1024x768)DSC01759 (1024x768)

 

W maju też ruszył kolejny mój projekt – budowa altanki. Wiecie, że jak człowiek leży przez tyle miesięcy to do głowy przychodzą mu różne pomysły. Mnie przyszedł pomysł postawienia altanki, takiej z prawdziwego zdarzenia, takiej wymyślonej przeze mnie. Trochę to trwało, ale altanka nabiera kształtów. Prace dobiegają końca. Jak wszystko już będzie „po mojemu” pochwalę się moim dziełem. Bo ja zrobiłem siebie kierownikiem nadzoru budowlanego – taki to ma dobrze – siedzi i rozkazuje, a i piwkiem chłopaków czasem poczęstuje :)

_DSC0794_DSC0690 (1024x685)

 

Pewnie zauważyliście już, a jak nie to pewnie w tym momencie sprawdzacie że przeoczyłem dzień swoich urodzin. Trochę tak specjalnie ;) Bo to jakby nie patrzeć już 35 wiosen przeleciało :)  21maja dostałem ogromną ilość życzeń, smsów, telefonów – dziękuję za wszystkie. Jeśli chociaż w połowie sięspełniąbędzie super ;) W tym dniu odwiedziły mnie również moje kochane i niezastąpione pigułki z DPS`u. Powiedziały nic się nie martw, my wszystko zorganizujemy. Ty masz tylko być i dobrze się bawić.  Jak wiecie trochę się wahałem, bo jak to mama w szpitalu, a ja mam się bawić? Ale mama nie chciała żebym w tym dniu był smutny, w końcu to moje urodzinki – raz w roku, co rok, z roku na rok, coraz to starszy, a w sercu ciągle MAJ :)

_DSC0683-001 _DSC0682-001 _DSC0678-001

 

Kochani jak widzicie miesiąc maj na długo zostanie w mojej pamięci. Dużo się działo, dużo dobrego i sporo złego. Bo to nie jest tak że ja ciągle uśmiechnięty, że nie mam problemów. Mam jak każdy. Ale życie mamy jedno, trzeba mu stawić czoła i przejść je z uśmiechem. Czego i Wam życzę – Mariusz

 

Posted in Mój blog | 2 Comments

Póki oddycham nie tracę nadziei…

Witajcie,

Dziś troszkę inaczej niż zwykle.

Kochani oto Paweł, 29letni chłopak z Nowego Brzeska, który po wypadku samochodowym został przykuty do łóżka. Paweł jest sparaliżowany od szyi w dół. Uszkodzenia jakie doznał to złamanie kręgosłupa, ze zmiażdżeniem rdzenia kręgowego, oraz paraliż czterokończynowy.

Tak w kilku słowach Paweł pisze o sobie na fanpagu, który założył wspólnie ze znajomymi:

 Nazywam się Paweł Lubacha. Mam 29lat.
Trzy lata temu łacińska sekwencja wytatuowana na moim przedramieniu „Dum Spiro Spero” – „Póki oddycham, nie tracę nadziei” nabrała dosłownego znaczenia…
Miałem 26lat, korzystałem z życia pełnymi garściami. Byłem bardzo żywiołowym, pełnym wigoru mężczyzną. Pracowałem przy rusztowaniach, uwielbiałem grać w piłkę i jeździć na koncerty hip-hopowe. Miałem żonę i dziecko … Wypadek samochody przekreślił wszystko… Miałem pecha … Chciałem cofnąć czas, wymazać ten dzień z pamięci… do dziś ciężko mi o tym mówić… Czy mam żal? Nie, nie obwiniam nikogo… Przykro mi że w obliczu tragedii jaka mnie spotkała zostałem sam. Miałem rodzinę – kochającą żonę, wspaniałego synka… Teraz zostałem sam ze swoją niepełnosprawnością…

Czemu o tym piszę? Paweł ma marzenie – chciałby uzbierać pieniądze na elektryczny wózek sterowany brodą – czyli taki na wzór mojego. Pamiętacie zapewne że sam kiedyś walczyłem o taki wózek – nie było łatwo, ale dzięki Wam udało się – dziś jestem właścicielem takiej oto bryki. Wiem, wiem – nie jest to czerwone porsche, ale z niebieskim też mi do twarzy J

Za pośrednictwem mojej strony proszę o polubienie fanpegu Pawła na facebooku, udostępnienie jej znajomym i gdyby ktoś mógł pomoc finansową. Każda złotówka się liczy, dla nas to tak nie wiele, a grosz do grosza może sprawić, że marzenie Pawła ziści się tak jak moje.

Odnośnik to fanpagu Pawła Lubachy – https://www.facebook.com/pages/Pawe%C5%82-Lubacha-Pro%C5%9Bba-O-Pomoc/579084245540245

1184789_169999676518195_734040317_n

 

Pozdrawiam, Mariusz

 

 

Posted in Mój blog | Leave a comment

Wiosna 2014

167357_wiosna_laka_kwitnace_drzewa_przebijajace_swiatloABY DO WIOSNY – słowa te towarzyszą mi praktycznie przez cały rok. Powtarzam je często, tak często aż najpiękniejsza pora roku zapuka do mych drzwi. Nie potrzebuje specjalnego zaproszenia, wie jak bardzo na nią czekam…

I kiedy ostatkiem sił, stęskniony, spragniony życia wołam – ona przychodzi…

Złote promienie słońca oświetlają szare dni. Słonko przygrzewa coraz mocniej i mocniej… Lasy i łąki budzą się do życia. Polne kwiaty na łąkach, kwitnące owocowe drzewka w sadzie, wiosenne krajobrazy… motyl zachwycający delikatnością i ptaki, które swoim śpiewem budzą umysły do życia….

Gdy patrzę na przyrodę to wydaje mi się że to wszystko co widzę jest jak piękny sen, i boję się otworzyć oczy, aby marzenia nie prysły. Ale one są i dają mi niebywałą energię do życia.

Niesamowita moc słonka ładuje moje życiowe akumulatory, daje chęci do życia, do działania, do  wyjazdów. Powiew wiatru, łyk świeżo zaczerpniętego powietrza za każdym razem smakuje inaczej – lepiej.  Wszystko wygląda zupełnie inaczej, i świat i ludzie.

Wiosna – piękna i pachnącą dająca Życie.

Wiosna – to dla mnie los wygrany na loterii, los który sprawia że wszystko jest piękne… I powiem Wam, że aż szkoda wieczorami wracać do domu … a w snach … tańczę dla Was w porannej mgle z rosą na stopach, całkiem boso… A może to Wy zatańczycie dla mnie….?

Radość – ta którą czerpię ze słonecznych, pięknych, pachnących ,zielonych dni jest nie do opisania. Nie umiem wyrazić słowami jak bardzo raduje się moje serce. Słowami może nie, ale może uda mi się wyrazić ją fotkami ;)

IDZIE WIOSNA

Pada ciepły deszczyk,
Miłe grzeje słonko,
Ale jeszcze nocą
Zimno jest jabłonkom
Już nad rowem rośnie
Trawa niby szczotka,
A pod płotem pierwsza
Zakwitła stokrotka
Idzie wiosna, idzie,
Widać ją z daleka
A w mieście i na wsi
Każdy na nią czeka.

_DSC0586 (1024x685)_DSC0534 (1024x685)

_DSC0594 (1024x685) _DSC0614 (1024x685) _DSC0618 (1024x685) _DSC0622 (1024x685) _DSC0660 (1024x685) _DSC0669 (1024x685) _DSC0676 (1024x685) DSC_0456 (1024x685) DSC_0465 (1024x685) DSC_0469 (1024x685) DSC_0473 (1024x685) DSC_0600

2014-04-27-027 (768x1024)

Posted in Mój blog | 5 Comments

Bezwarunkowa miłość

W listopadzie 2013 roku zgłosiłem moją mamę do konkursu Zwykły Bohater . Mimo, że nie udało nam się wejść chociażby do półfinału chciałbym opowiedzieć Wam o mojej wspaniałej mamie.

Gdybym zaczął od słów wiersza: „Ona mi pierwsza pokazała księżyc. I pierwszy śnieg na świerkach. I pierwszy deszcz. Byłem wtedy mały jak muszelka….” nikt nie miałby wątpliwości o kim chciałbym napisać.

MAMA – to Jej w całości chciałbym poświęcić cały artykuł. Mama jest dla mnie najważniejszą, najwspanialszą, najukochańszą osobą na całym świecie. Jest osobą, której zawdzięczam życie, to kim jestem i jaki jestem.

Jestem osobą sparaliżowaną, niepełnosprawną, z czterokończynowym porażeniem, co oznacza, że od dnia wypadku nie jestem w stanie poruszyć ani ręką, ani nogą. Opieka nade mną wymaga użycia siły (czuję jakby moje ciało ważyło kilka ton), cierpliwości, samozaparcia i determinacji – wszystkie te cechy ma w sobie moja kochana Mama.

Kobieta, która poświęciła dla mnie wszystko, swój czas (dzielony między Tatą, rodzeństwem i mną), siły i zdrowie, które nie jest już w najlepszej formie. Bóle kręgosłupa i inne dolegliwości – zdaję sobie sprawę, że to przeze mnie.

To Mama poświęca mi 24godziny swojej doby, bez żadnego złego słowa, czy narzekania wstaje do mnie w nocy, codziennie rano mnie myje, ubiera, pielęgnuje. W codziennych obowiązkach mamie pomagają siostry, ale to Ona jest moimi rękami i nogami…

Od dnia wypadku rodzice byli ze mną. Byli przy mnie w najtrudniejszych chwilach.
Tata był kierowcą tira – jeździł po Polsce, więc był w naszym domu gościem. Mama dwa dni po skoku urodziła syna. I mimo, że ten maluch powinien zajmować cały jej czas, nigdy nie odczułem że ma go dla mnie mniej. Nigdy nie zauważyłem, że Jej przy mnie nie ma. Trzy lata po moim skoku Tato zginął w wypadku obok domu. Zjeździł całą Polskę, a zmarł tak blisko.

Tato – wiem, że jesteś blisko, że patrzysz na Nas z nieba i nas wspierasz. Pamiętam o Tobie i nigdy nie zapomnę.

Wtedy mama została sama z naszą szóstką. Jak sobie poradziła – nie wiem, chyba tylko ona sama zna odpowiedź na to pytanie. Udźwignęła cały ten ciężar, który na nią spadł. Dała radę. Nie wiem skąd bierze na to wszystko siły. Poświęciła dla mnie wszystko, jest przy mnie cały czas. To wyraz bezwarunkowej miłości, za którą jestem jej niezmiernie wdzięczny.

W 2012roku na pogrzebie mojej koleżanki Ewy usłyszałem słowa, które głęboko zapadły mi w pamięci: „… dziękuję mamie Ewy za opiekę nad nią. Szlachetne i piękne jest to że tak wspaniale i bezwarunkowo mamy opiekują się swoimi niepełnosprawnymi dorosłymi już dziećmi, gdy niektóre matki odrzucają, wyrzucają, zabijają malutkie zdrowe dzieci. Tym bardziej opieka i poświęcenie mam godne jest wszystkich tytułów…”

Kończąc chciałbym, abyście posłuchali pięknej piosenki o mamie:

MAMA – ona dała mi życie, dom, miłość, ukojenie… Opiekuje się mną, dba o mnie w najtrudniejszych chwilach mojego życia, pociesza, zagrzewa do walki, kocha mnie mimo wszystko. Jestem jej miłością, a miłość to życie…

P.S. Jest noc… Mamo, wołam Twoje imię, znowu jesteś przy mnie ….

Dziękuję Ci Mamo za wszystko.
Za wiarę, za sens, za życie.
Kocham Cię Mamo

Posted in Mój blog | 4 Comments

Ostrzeżenie dla młodzieży

d20_24629303Witam,

to list mojego kolegi, który tak jak ja jest po skoku. Jestem za tą akcją i za tym aby młodym ludziom wpajać czym grozi jeden nieodpowiedzialny i nieprzemyślany skok…

„Witajcie, zwracam się do wszystkich o pomoc w rozsyłaniu poniższego listu do szkół. Zależy mi na tym by dotarł on do większości szkół, ale sam nie dam rady. Liczę na Waszą pomoc, kopiujcie go i rozsyłajcie drogą elektroniczną gdzie tylko się da. Razem możemy więcej osiągnąć i ocalić chociażby jedno życie, to i tak warto poświęcić dla niej czas, bo to może być każdy.

Bezpieczne wakacje

Drodzy uczniowie, zbliża się okres wakacji, to czas zasłużonego odpoczynku dla Was i nauczycieli. Pragnę, aby te miesiące były dla Was wspaniałą i bezpieczną przygodą, która dostarczy Wam wielu wrażeń i chwil radości. Piszę do Was ten list z jednego istotnego powodu. Przypuszczam, że wielu z Was słyszało o tym, jakie niebezpieczeństwo niosą za sobą skoki do wody. Młodzież taka jak Wy jest szczególnie narażona na pokusę takich popisowych skoków z różnych powodów:, bo obok są fajne dziewczyny, czy odwrotnie, bo to przynosi frajdę, bo można komuś zaimponować itp. Moi drodzy nie dajcie się sprowokować emocjom i spontanicznej brawurze, zwłaszcza jej, wykazujcie w tej kwestii rozsądek i dojrzałość. Nie popełnijcie mojego błędu, nie przekreślajcie sobie życia. Jeden niefortunny skok odbiera wszystko, nie daje drugiej szansy. Wyobraźcie sobie, że budzicie się rano w łóżku i nie możecie się podnieść, nie możecie nawet poruszyć palcem. Za oknem słychać kolegów, żartują, śmieją się a Wy możecie być z nimi, ale tylko w wyobraźni. Koniec z dyskotekami, koniec z flirtowaniem… Świat skurczył się do rozmiarów szpitalnej Sali, łóżko jest łodzią w tym rzeczywistym bagnie. Ale koszmar rozwija się powoli jak podstępny wirus, stopniowo wyklucza płonne nadzieje i zadaje ból, jakiego nigdy nie doświadczyliście. Co gorsza nie ma leku, który uśmierzyłby ten ból pękającego serca. Nic i nikt nie jest w stanie wtedy pomóc, niefortunny skok jest bezkompromisowy. Odbiera dosłownie wszystko i nie daje kolejnej szansy. A wtedy nawet mucha potrafi torturować, robi, co chce, wchodzi do nosa, uszu i ust. Nie można podnieść ręki żeby ją odpędzić. Ale muchy to nic w porównaniu, z tym, co przychodzi później. Dlatego piszę o tym by nikt z Was nie doświadczył takiego koszmaru. Tyko tak mogę do Was dotrzeć, poprzez list. Proszę Was z całego serca, wsłuchajcie się w treść tych słów i nie lekceważcie ich. Ja również byłem pewnym siebie młodym chłopakiem, przed którym przyszłość dopiero otwierała drzwi. Myślałem, że mam kontrolę nad wszystkim, co robię i nie popełnię żadnej głupoty. Ale bardzo się myliłem. W sierpniu 1998 roku, wybrałem się z dziewczyną i przyjaciółmi nad wodę popływać. Był to wyjątkowo upalny dzień, chciałem jak najszybciej znaleźć się w basenie. W kilka sekund zdjąłem ubranie wziąłem rozbieg i skoczyłem, to był mój ostatni skok. W wodzie byłem przytomny i nie mogłem nic zrobić, aby zaczerpnąć, choć łyk powietrza. Obudziłem się w szpitalu, bez władzy w rękach, nogach, obok łóżka stała zapłakana rodzina. To był tylko początek koszmaru, po kilku tygodniach moje ciało zaczęło gnić, odleżyny były wszędzie. W sierpniu minie 13 lat od najgorszego dnia w moim życiu. Jestem przykuty do łóżka i bez przerwy choruję. Straciłem życie, które kochałem, teraz mieszkam w Domu Pomocy Społecznej i pozostały mi tylko marzenia. Proszę nie bagatelizujcie tego problemu, że was to nie dotyczy, bo ja właśnie tak myślałem i źle na tym wyszedłem. Teraz ilekroć widzę w telewizji czy Internecie materiał o kolejnych wypadkach jestem zdruzgotany. Być może za mało jest jeszcze apeli, ostrzeżeń w tym kierunku. W mediach już od kilku lat prowadzona jest kampania „Płytka wyobraźnia”, która ma swoją wymowę. Jednak spot po jakimś czasie usypia czujność, gdy nikt z otoczenia czy znanego regionu nie uległ takiemu wypadkowi. Dlatego pamiętajcie o tym, co napisałem, zwłaszcza na wodą. Można skakać, bo to przyjemne uczucie, ale tylko w sprawdzonych miejscach i pod nadzorem ratownika. W innych okolicznościach naraża się własne zdrowie i życie. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę wspaniałych i niezapomnianych wakacji.”

Mariusz Rokicki, autor książki, „ Życie po skoku” www.mariuszrokicki.pl

Posted in Mój blog | Leave a comment