Rodzina

Obraz 099Rodzina, to podstawa.

Jesienno – zimowa aura nie sprzyja wyjazdom i spacerom, zatem większość czasu spędzam w łóżku. Kiedy tak sobie leżę, to myśli biegną do różnych osób, miejsc, zdarzeń, do przeszłości i przyszłości, a duchowe przygotowywania do Świąt Bożego narodzenia skłania do pogłębionej refleksji.

Od najmłodszych lat włączałem się we wszystkie sprawy które służyły dobru naszej Rodziny. Już na początku szkoły podstawowej pomagałem w gospodarstwie. Jeździłem ciągnikiem, obsługiwałem maszyny rolnicze, pracowałem w polu, a kiedy nadarzała się okazja chwytałem się różnych innych prac, aby podreperować budżet domowy. Byłem pomocnikiem murarza, tynkarza, malarza, a kiedy podrosłem zaciągałem się do cięższych prac. Ostatnią była obsługa techniczna urządzeń w elektrowni Adamów. Byłem najstarszy w piątki rodzeństwa, więc czułem się bardzo odpowiedzialny za młodsze siostry i bardzo chciałem aby im niczego nie brakowało.

Razem z rodzicami skromnie mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią. Mama zajmowała się nami i prowadziła gospodarstwo, a Tato był zawodowym kierowcą tirów. Nie były to łatwe czasy, ale zawsze trzymaliśmy się razem, pomagaliśmy sobie wzajemnie i cieszyliśmy z tego co mamy. Choćby mój pierwszy wymarzony rower, który dał mi tyle radości. Jeździłem nim nie tylko na wspaniałe wycieczki, ale przez trzy lata codziennie dojeżdżałem do szkoły. Moją opowieść o niezapomnianych przeżyciach w czasie wypadów rowerowych znajdziecie tutaj http://www.mariuszharasny.pl/?p=2687  tęsknię za wolnością, którą daje jazda na rowerze. Cóż, wózek też jest fajny :)

Duża frajdę dawała mi też jazda samochodem, byłem świeżo upieczonym kierowcą i czasami Tato zabierał mnie w trasę. Wówczas, choć nie miałem odpowiednich uprawnień, pozwalał mi poprowadzić maszynę na mało uczęszczanych odcinkach. Ach co to były za emocje, duma mnie rozpierała. Tak mnie to fascynowało, że postanowiłem zostać zawodowym kierowcą. Niestety, na postanowieniach się skończyło… Choć koledzy, którzy uprawiają ten fach, mówią, że brakuje im stabilizacji, czasu spędzonego z rodziną, a to co było kiedyś takie fascynujące, postrzegają dziś jako niekończącą się tułaczkę. Więc może dobrze, że nie zostałem zawodowym kierowcą?

Mój niefortunny skok przysporzył Rodzinie wielu kłopotów, zmartwień i znacznie pogorszył naszą i tak skromną, sytuacje materialną. Kiedy lekarze walczyli o moje życie, Rodzice nie zawahali się wyprzedać wszystkich maszyn rolniczych z ciągnikiem włącznie, aby zdobyć fundusze na  płytkę niezbędną do usztywnienia strzaskanego kręgosłupa, a sytuacja była tak poważna, że lekarze nie dawali cienia nadziei na moje przeżycie, ale udało się i jestem J

Te dramatyczne doświadczenia  jeszcze bardziej zacieśniły nasze relacje. Rodzina robiła wszystko, aby ulżyć mojemu cierpieniu, pomóc odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji i choć to zabrzmi groteskowo, pomogła „stanąć mi na nogi” :)

Pierwsze lata po wypadku, ze względu brak odpowiednich warunków lokalowych i na konieczność intensywnej rehabilitacji mieszkałem w Domu Pomocy w Kole (tam było super, kto chce wiedzieć coś więcej na ten temat zapraszam http://www.mariuszharasny.pl/?p=1625 

Dopiero po dobudowaniu pokoju i przystosowanej do moich potrzeb łazienki mogłem znów zamieszkać z Rodziną. Ten fakt mnie uskrzydlił!!! Dostałem niezwykłą motywację do rozwoju osobistego, by nowe życie na wózku było jak najlepsze i abym mógł i ja wspierać swoją Rodzinę. Trzy lata po wypadku zmarł Tato. Poczułem, że Tato powierzył mi rolę głowy Rodziny, oddał ją pod moją opiekę. Mimo, że sam nie mogę  nic zrobić, to przecież „opiekować się kimś” znaczy o wiele więcej, to znaczy sprawić, aby ktoś czuł się bezpiecznie i dobrze, aby mi ufał. Od momentu, kiedy sobie to uświadomiłem, odważnie strzegę spokoju domowego ogniska. Razem z bliskimi, którzy zawsze są przy mnie, wyremontowaliśmy dom, zagospodarowaliśmy obejście, wykopaliśmy staw i założyliśmy ogródek. Przez 21 lat wyznaczałem sobie cele i cierpliwie dążyłem do ich realizacji. W mojej głowie rodziły się skrupulatne plany i dokładne etapy ich realizacji, zaś Rodzeństwo fizycznie wykonywało wszystkie prace, a potem wspólnie radowaliśmy się z efektów. I tak naprawdę, to najwspanialsza jest ta wspólna praca, nie wiem nawet, czy nie cieszy bardziej niż sam efekt końcowy :)

Ludzie mają różne aspiracje, coraz częściej nie ma w nich miejsca na przyjaźń i pomoc bliźniemu, a dla mnie najważniejsza jest RODZINA! Chcę swoją troską o najbliższych, choć troszkę zrekompensować im trudy, które spadły na nich wraz a moją niepełnosprawnością. Chcę w ten sposób wyrażać im swoją wielką wdzięczność. To nie tylko wielkie wyzwanie, ale przede wszystkim wielki zaszczyt być głową tak wspaniałej Rodziny. Myślę Tato, że dobrze wywiązuję się z powierzonego przez Ciebie zadania! Jego realizacja pozwoliła mi osiągnąć duchowy rozwój i stać się prawdziwym mężczyzną :)

 

 

This entry was posted in Mój blog. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz