Motor Show 2017 r

P1080797

Posted in Mój blog | Leave a comment

Dobro rodzi dobro.

Dobro rodzi dobro.

DSC_0275Posiadanie własnego samochodu od zawsze było moim  niedoścignionym marzeniem. Po feralnym skoku do wody wszystko się zmieniło, marzenia też. Przez wiele lat ważniejsza była rehabilitacja, utrzymanie stabilnego stanu zdrowia, zmaganie się z odleżynami i spastyką , a szczytem marzeń był pierwszy wózek elektryczny, który pozwolił na namiastkę samodzielności. Lata mijały, sytuacja stabilizowała się i wtedy powróciło marzenie o samochodzie. Zacząłem wyobrażać sobie jak cudownie byłoby mieć własny pojazd, wygodny, z windą, zwrotny by moje dziewczyny bez problemu mogły go poprowadzić. Wówczas bez problemu zabierałyby mnie w różne miejsca: do kościoła, na wycieczki, do znajomych, mógłbym jeszcze pełniej cieszyć się życiem. Zacząłem przeglądać rynek aut i wtedy przychodziły chwile zwątpienia…to przecież duży wydatek finansowy na który mnie nie stać. Marzenia są takie piękne, nawet gdyby miały się nie spełnić, ale na wszelki wypadek  ciułałem najdrobniejsze nawet grosiki, wzdychając – może kiedyś uzbieram… W obliczu Waszej nieocenionej pomocy, zwłaszcza przy zbiórce funduszy na wózek elektryczny, bez którego po prostu nie ruszył bym się z łóżka, nie śmiałem nawet wspomnieć o zbiórce środków na samochód…ale…Opatrzność czuwała! O moich marzeniach dowiedział się pewien Anonim (bardzo miła osoba, która pragnie pozostać anonimowa), który zaproponował abyśmy wspólnie podliczyli swoje możliwości finansowe i wówczas okazało się, że razem damy radę, że uda nam się uzbierać na auto. Wiadomo, w grę nie wchodził mercedes z salonu, ale coś, co będzie dostosowane do moich potrzeb i pozwoli wyruszyć poza rodzinną wieś J wobec takich planów ideą kupna samochodu zacząłem dzielić się z innymi, pytając czy to dobry pomysł.

Komputer rozgrzany do białości ledwo zipał przy przeszukiwaniu stron motoryzacyjnych, a słuchawki od telefonu parzyły uszy podczas handlowych rozmów. Było to co lubię – konkretne działanie. Brałem pod uwagę różne modele aut typu Renault Kangoo z opuszczaną podłogą i podjazdem. Wiadomo, mniejsze auto łatwiej będzie siostrom je prowadzić, łatwiej zaparkować. Świadomość prowadzenia nawet najmniejszego busa wywoływała u nich, wprawdzie chwilowy, ale całkowity paraliż.  Pod koniec stycznia nadarzyła się okazja, aby w Koninie wypróbować taki samochód. Przyjaciele wypożyczonym busem podwieźli mnie do komisu. Z bijącym mocno sercem z nadzieją, że znalazłem to czego szukałem zacząłem próbę podjazdu na pokład. I…słychać było żałosny jęk zawodu! Właściciel komisu na potrzeby komercyjne „podkręcił” wymiary auta, które niewiele wspólnego miały z rzeczywistością! Okazało się że dla tego modelu jestem za wysoki, a kiedy się opuściłem na wózku w pozycji horyzontalnej razem z zagłówkiem byłem za długi…więc  nie udało mi się zainstalować w kokpicie. Rozczarowanie sięgnęło zenitu!

Kiedy emocje opadły, wróciłem do poszukiwań podwyższonych aut osobowych. Niestety ceny takich egzemplarzy znacznie przewyższały nasz budżet motoryzacyjny. Po naradach rodzinno – koleżeńskich zapadła decyzja o zmianie segmentu poszukiwań, jedynym rozsądnym rozwiązaniem okazał się busik dostosowany do moich potrzeb.

Wybór duży, ale ten za stary, ten ma zbyt duży przebieg, ten po wypadku…a do tego dochodziły nieustanne wątpliwości czy dobrze robię? Czy dam radę utrzymać samochód, opłaty, koszt paliwa, ewentualne naprawy? A jeśli mój stan się pogorszy i nie będę mógł pracować? A z drugiej strony kusi większa niezależność , wyjazdy do dentysty, w odwiedziny… Anonim jednak uspakajał mnie, że jeśli nawet sprawdzi się najgorszy scenariusz, to w ostateczności auto można sprzedać. To prawda, więc znów rzuciłem się w wir poszukiwań angażując również kolegów i przyjaciół, znawców motoryzacji, aby wybrać jak najlepiej. Wreszcie jest! Rocznik jeszcze nie prehistoryczny, przebieg zachęcający, luksusowa winda i wiśniowy metaliczny lakier…CUDEŃKO…no i cena mieszcząca się w budżecie! Po wnikliwej wirtualnej analizie  w drugiej połowie lutego wybrałem się  osobiście ze szwagrem Jurkiem i jego bratem, Panem Andrzejem, który jest kierowcą, na oględziny wozu, który znajdował się prawie 200 km od mojego domu. Stan techniczny wypadł bardzo dobrze, funkcjonalność oceniona w czasie przejażdżki również znakomita i do tego właściciel okazał się być niezwykłą osobą, bardzo miłą i uczynną. Mimo wszystko poprosiłem o tydzień na podjęcie ostatecznej decyzji.

Na gorącej linii zawrzało, konsultacjom nie było końca, rokowania znawców tematu były zachęcające. Romek i Marcin wręcz namawiali mnie do kupna, zapewniając jednocześnie, że wszystkie przeróbki i serwis biorą na siebie. O sfinalizowanie transakcji poprosiłem Roberta, miłośnika czterech kółek, który na miejscu raz jeszcze zdiagnozował auto. I stało się, kupiłem swój pierwszy w życiu samochód!

Targała mną burza emocji, z jednej strony radość, a  z drugiej wątpliwości, że może jest coś ukrytego i niebawem się rozsypie? Ale ponieważ całe przedsięwzięcie od samego początku poleciłem Bożej Opatrzności,  a wszystko zaczęło się pomyślnie układać, więc widocznie tak miało być.

Auto kupiłem od wspaniałych ludzi, szczerych i wrażliwych. Przyznali, że cieszą się z faktu, iż busik będzie służył właśnie mnie i nie tylko znacznie obniżyli pierwotnie ustalona cenę, ale zatankowali bak do pełna i pomogli skutecznie przebrnąć przez gąszcz biurokratycznych barier związanych z przeglądem technicznym windy i dopuszczeniem jej do użytku (mimo ze wcześniej była używana do transportu ludzi). Szanowni Państwo z całego serca dziękuję Wam, za życzliwość , wsparcie i bezinteresowna pomoc!
Z całego serca dziękuję również Anonimowi, który rozpoczął całą „zadymę” z autem i w znacznym stopniu przyczynił się do tego, że w budżecie domowym w rubryce ”auto dla Harnasia” znalazły się wystarczające środki.

Dziękuję Robertowi za merytoryczne doradztwo i sprowadzenie samochodu pod mój dom. Nie ukrywam, czekałem na niego z wielką radością, wzruszeniem i ze łzami w oczach.

Dziękuję Marcinowi i Romkowi za nieograniczone zaangażowanie w ten motoryzacyjny projekt, za pomoc, która oprócz wymiernych efektów  wyzwoliła w nas wiele dobra, zacieśniła więzi, ukazując jednocześnie wartość przyjaźni – dziękuje Przyjaciele.

Dziękuję Panu Marcinowi Wypchło, właścicielowi firmy ALEXAS w której zespół pod kierownictwem Marcina Stefaniaka bezinteresownie dokonał szczegółowej diagnostyki, niezbędnych napraw i przeróbek auta, aby podnieść komfort jazdy i sprostać wszystkim standardom bezpieczeństwa.

I choć moje życie naznaczone jest cierpieniem, to dzięki wsparciu i życzliwości której doświadczam, potrafię z nadzieją spoglądać w przyszłość. Potrafię marzyć i realizować marzenia. Dzięki życzliwości napotykanych osób, otrzymuję motywację do podejmowania kolejnych wyzwań i czuję się potrzebny bez względu na ograniczenia i wygląd. Ludzka życzliwość, duchowe wsparcie i bezinteresowna pomoc są moja siłą w pokonywaniu codziennych trudności.
Pan Bóg kolejny raz udowodnił mi, że nie jestem sam i jeśli Mu zaufam, to wszystko jest możliwe. Projekt zakupu auta zakończył się sukcesem, ale jego wielką „wartością dodaną” jest  CUD przemiany ludzkich serc, które nagle otworzyły się na oścież zaskakując niezwykłą szczerością. Niektórzy uczestnicy projektu wyznali mi, że nie podejrzewali siebie samych o takie pokłady dobra! To wspaniałe przeżycie zacieśniło nasze więzi, dało wiele radości i potwierdziło, że niesienie pomocy innym jest piękne. Kiedy obcujemy  z cierpieniem łatwiej docenić to co mamy, bo przecież jeden moment może zmienić nasze życie bezpowrotnie.

Panie Boże, dziękuje Ci za wspaniałych ludzi, których stawiasz na mojej drodze!

Za wrażliwość, okazaną pomoc, za to, że moje marzenie mogło się spełnić, jeszcze raz Wszystkim z całego serca dziękuje!

Prace przy busie :)

Efekt końcowy :)

 

Posted in Mój blog | Leave a comment

Włocławek 2016

Przed miesiącem za sprawą Księdza Zalewskiego duszpasterza z pobliskiej parafii Kaczki, zostałem zaproszony przez Panią Małgorzatę Bojarską, współorganizatorkę XII Narodowego Dnia Życia w Diecezji Włocławskiej, na spotkanie z młodzieżą na którym miałem opowiedzieć historię swojego życia, poproszono mnie, abym dał świadectwo.

Z radością i pokojem serca przyjąłem zaproszenie. Bardzo chciałem tam być, pokonać tremę i udowodnić, że każde życie jest jedyne w swoim rodzaju, jest cudem.

Siódmego kwietnia o poranku ze szwagrem, który jest moim niezawodnym kierowcą i bratem Łukaszem w towarzystwie Księdza Zalewskiego wyruszyliśmy do Włocławka. Radość ze spotkania z młodzieżą przeplatała się z wątpliwościami czy uda mi się powiedzieć dokładnie  to, co czuję? Czy nie zabraknie mi słów, czy zainteresuję młodzież swoją opowieścią? Górę jednak brał wewnętrzny spokój, że Opatrzność czuwa.

Dostojna Katedra Włocławska liczy sobie około 600 lat, przemawia więc niezwykłą historią minionych wydarzeń. To tutaj przyjął święcenia kapłańskie Prymas Tysiąclecia Stefan Kardynał Wyszyński, tu modlił się św. Jan Paweł II. Podążając ich śladami napawałem się pięknym wnętrzem, architekturą i sztuką sakralną, którą stworzyli ludzie, aby uwielbić Pana Boga. Grube mury zacnej budowli nie przepuszczały wiosennego ciepła, więc wewnątrz było lodowato. Ksiądz Zalewski w trosce o moje zdrowie, troskliwie okrył mnie dodatkowo swoją kurtką zanim podążył do zakrystii, bo wkrótce miała rozpocząć się Msza święta koncelebrowana.

Zgromadzeniu liturgicznemu przewodniczył Biskup Diecezji Włocławskiej Wiesław Mering, towarzyszyło mu wielu duchownych z całej Polski. To były podniosłe chwile, głębokie przeżycia, Słowo Boże i homilia o świętości życia i ta bliskość samego Stwórcy!

Po Eucharystii udaliśmy się do auli Wyższego Seminarium Duchownego na dalsza część obchodów. I tu spotkało mnie niezwykłe wyzwanie, do budynku seminaryjnego prowadzą przepiękne, ale wysokie schody!! Już w czasie omawiania szczegółów wizyty dowiedziałem się o ich istnieniu, mogłem zrezygnować, albo zaufać osobom, które mnie wraz z moi ciężkim wózkiem elektrycznym przetransportują we wskazane miejsce. Zaufałem klerykom, których Pani Małgosia poprosiła o pomoc. To była dla nich ciężka i odpowiedzialna praca, jeden fałszywy ruch i Harnaś spada z wózka na schody.

Schody, niby nic, ale dla mnie bariera której nie jestem w stanie pokonać samodzielnie. Można też spojrzeć na nie inaczej, schody to wyzwanie, które jednoczy ludzi aby je pokonać,  wyzwanie które mi przypomina, że nie jestem sam, że mogę liczyć pomoc bliźnich. Niby schody, a ileż mogą nas nauczyć.

Po przemówieniach nastąpiło wręczenie nagród laureatom różnych konkursów związanych ze Świętością Życia, a następnie nadszedł czas na moje świadectwo. Na scenę w auli dostałem się już w mniej ekstremalny sposób, skorzystałem z odpowiednio ustawionych desek. Towarzyszył mi Ksiądz Zalewski, na auli było bardzo dużo osób, a ja bez żadnego doświadczenia w publicznych wystąpieniach, czułem się dziwnie spokojnie, czułem się bardzo dobrze bo…zaufałem Panu Bogu! Ksiądz w kilku słowach przedstawił mnie zebranym i następnie oddał mi głos. Wcześniej spisałem swoje świadectwo na kartkach, dobierając słowa i czytałem je kilkakrotnie, przygotowując się w ten sposób do tego spotkania. Ale na początku wystąpienia zadziałał Duch Święty i zacząłem mówić płynnie swoimi słowami, inaczej niż w tekście. Tak bardzo chciałem przekazać całą prawdę o wartości i pięknie ludzkiego życia, bez względu na różne ograniczenia. Chciałem pokazać swoją radość z każdego dobrze przeżytego dnia i z każdego spotkania z drugim człowiekiem. Kiedy skończyłem rozległy się brawa, a Ksiądz szepnął: słyszałeś jaka była cisza, wszyscy słuchali  jak zaczarowani. Szczerze mówiąc byłem tak skupiony na tym co mówię, że nikogo nie widziałem i na nic nie zwróciłem uwagi.

O wartości życia  opowiedziała również Pani Agnieszka Maciejewska, która jest częściowo sparaliżowana, porusza się na wózku, pisze teksty piosenek i pięknie śpiewa i Pani wolontariuszka pomagająca osobom niepełnosprawnym.

Mimo, że nie brakuje mi  motywacji do radosnego życia, to te dwa świadectwa jeszcze dobitniej ukazały mi jego bezcenną wartość, tak często niedocenianą przez sporą część społeczeństwa. Nie liczą się przeciwności, liczy się każdy dzień bez dolegliwości, każdy uśmiech napotkanej osoby i ta niezwykła świadomość, że jestem komuś potrzebny! Nie traćmy czasu na fochy i marudzenie na zła pogodę, „… nic dwa razy się nie zdarza…”, żyjmy tu i teraz, radośnie i pięknie, bo innego ziemskiego życia  mieć nie będziemy!

Dziękuję Księdzu Zalewskiemu i Pani Małgorzacie za zaproszenie i wsparcie, szwagrowi za wcielenie się w rolę perfekcyjnego kierowcy, bratu za opiekę i wszystkim wspierającym mnie modlitwą i dobrym słowem.

Panu Bogu dziękuję za piękny dzień wśród wspaniałych ludzi!

Posted in Mój blog | Leave a comment

LATO 2015 r.

Moje tegoroczne lato obfitowało w wiele przeżyć, wrażeń i wzruszeń. Oprócz dalszych wypraw busem na większe imprezy plenerowe i przemiłych spotkań towarzyskich ze znajomymi , kiedy tylko pozwalały mi siły i dopisywała pogoda, przemierzałem swym terenowym „wozem” najbliższą okolicę w promieniu 30 km! W ten sposób z osobami towarzyszącymi mi w tych  eskapadach przejechałem tego lata 700km!! Myślę , że to niezły wyczyn, który daje mi satysfakcje i motywuje do codziennych zmagań z rzeczywistością. Letnie wspomnienia które uwiecznione zostały  na fotografiach  ocieplają jesienno-zimowe dni i pozwalają z nadzieja wyglądać pierwszych zwiastunów wiosny! Drodzy goście, pragnę podzielić się z Wami relacją z letnich wypraw, pięknem  napotkanej przyrody i tymi niezwykłymi momentami zatrzymanymi w obiektywie :)
Nie potrafię opisać przeżyć, które mi wówczas towarzyszyły. Najbardziej przeżyłem powrót do miejsca, w którym  skoczyłem do wody. Przybyłem do miejsca w którym wszystko się skończyło i jednocześnie zaczęło od nowa, przybyłem do miejsca w którym siedemnaście lat temu rozpoczęła się moja nowa historia, moje nowe życie! Serdecznie zachęcam do obejrzenia galerii, bo tak bardzo chcę podzielić się w Wami swoją letnią radością!

 

Posted in Mój blog | 2 Comments

Zdjęcia Marcina

Piękne fotki Marcina obiecane :)

Kolejne piękne fotki pozdrawiamy i dziękujemy Marcin .

Posted in Mój blog | 2 Comments

MASTER TRUCK 2015

MASTER TRUCK 2015

Posted in Mój blog | Leave a comment

Spotkanie z młodzeżą

Spotkanie

 

Przyjazd i spotkanie z gimnazjalistami pod czujnym okiem Pani wychowawczyni  Kasi  i Pani psycholog Ani  był dla mnie nie zapomnianym przeżyciem. 

Posted in Mój blog | Leave a comment

Najtrudniejszy okres życia – „sepsa”

indeksNajtrudniejszy okres  życia – „sepsa”

 

Podczas pobytu w DPS kilkakrotnie przechodziłem zapalenie płuc i nawracające się infekcje dróg moczowych. Wyglądało to tak: infekcja-antybiotyk, infekcja-antybiotyk … itd.

Mój organizm faszerowany antybiotykami stawał się coraz słabszy i coraz mniej odporny, aż  przyszła chwila kiedy się poddał. Gorączka narastała , mimo kolejnych antybiotyków i troskliwej opieki sióstr nie było najmniejszej poprawy. Kolejna wizyta lekarza domowego, kolejna zmiana antybiotyku na silniejszy, kolejny raz bez jakichkolwiek rezultatów. Trwało to już jakiś czas. To była taka huśtawka, zdawało się że są momenty pozornej poprawy, potem znów pogorszenie, aż do pamiętnego dnia, kiedy to siostra Ania podawała mi obiad. Leżałem na podwyższonym łóżku i „odleciałem”. Kilkakrotnie mierzone ciśnienie okazało się nieprawdopodobnie niskie, a puls prawie niewyczuwalny. Oznaczało to stan na tyle poważny, że natychmiast wezwano reanimacyjną karetkę pogotowia ratunkowego i przewieziono mnie do szpitala w Kole.

Zaraz przy moim łóżku  pojawiła się Mama, którą siostry powiadomiły o pogarszającym się stanie mojego zdrowia. Zlecono badanie krwi i moczu, aby przywrócić prawidłowe krążenie i podnieść  ciśnienie krwi zaordynowano podanie kilkunastu kroplówek (a wystarczyłoby mnie zdenerwować). Po całym dniu pompowania płynów udało się uzyskać stan pewnej równowagi krążeniowej. Lekarze sugerując się nieco lepszymi wynikami i lekką poprawą samopoczucia, dają recepty, przedstawiają listę zaleceń i wypisują do domu pomocy. Siostry zaczęły podawać mi zalecony antybiotyk (kolejny). Wszyscy żyliśmy nadzieją na poprawę mojego zdrowia, jednak wbrew oczekiwaniom było coraz gorzej. Bardzo wysoka gorączka wycieńczała  mnie przez kilka dni. Siostry robiły wszystko, by ulżyć mi w cierpieniu, nie odstępowały  mnie w dzień i w nocy, cierpliwie zmieniały chłodzące rozpaloną głowę okłady, mimo złego stanu, czułem ich dobroć i szczerą troskę.

Niestety stan się pogarszał, bardzo niskie ciśnienie krwi spowodowało utratę przytomności. Lekarz pogotowia, który już znał mój przypadek, nie analizuje sytuacji, tylko rutynowo podaje kroplówkę zapewniającą stabilizacje krążenia i odjeżdża.

Chwilowa poprawa przynosi powiew nadziei. Niestety na krótko, po południu mój stan znów się pogarsza, ciśnienie jest tak niskie, że trudno je zbadać. Siostry ponownie wzywają karetkę pogotowia, które tym razem odmawia udzielenia pomocy, tłumacząc że to normalny proces, że lekarstwo podane w kroplówkach musi zadziałać, a na to potrzeby jest czas, natomiast ja i wszyscy z mojego otoczenia mieliśmy wrażenie, że tego czasu jest coraz mniej!

W końcu do akcji wkroczyła sama Pani Dyrektor, która kontaktując  się z stacją pogotowia ratunkowego, kategorycznie zażądała mojej hospitalizacji w celu dokonania koniecznych badań, postawienia diagnozy i wdrożenia efektywnego leczenia.

Pani Dyrektor, jestem Pani bardzo wdzięczny, dzięki Pani stanowczości, służby medyczne potraktowały mnie serio.

Badania rozpoczęto od analizy krwi, moczu, dalej USG brzucha, EKG i echo serca. Wstępna diagnoza wskazywała na zapalenie osierdzia serca, które było powiększone, a to miało wpływ na cały organizm, skutkując powiększeniem wszystkich narządów wewnętrznych. Ostatecznym potwierdzeniem lub wykluczeniem diagnozy wstępnej miało być badanie specjalistyczne wykonane w szpitalu w Koninie.

Termin badania ustalono za trzy dni, a więc trzeba było przeżyć kolejne trzy dni z wysoka gorączką, bardzo obolałym ciałem i lawinowo pogarszającą się psychiką. W tym wszystkim towarzyszyła mi moja kochana Mama. Każdą noc spędzała przy mnie. Wspierała mnie, cierpliwie zmieniała chłodzące kompresy i pilnowała, abym wypijał odpowiednią ilość płynów. Badanie było przewidziane na godziny poranne, więc Mama po całej nocy spędzonej przy moim łóżku, po prostu nie miała siły by przygotować mnie do wyjazdu i towarzyszyć  mi w czasie tej wyprawy. Kiedy mój opiekun Piotrek zobaczył Mamę, poprosił aby pojechała do domu troszkę odpocząć i sam wszystkim się zajął.

Widząc jaki jestem pokłuty , po podłączany do kroplówek i pompy utrzymującej ciśnienie, jak każdy  dotyk sprawia mi ból, najdelikatniej jak mógł umył mnie ,ubrał i czekaliśmy na transport. Karetka pojawiła się dość szybko i przełożono mnie na nosze. Piotrek dobrze znał moje potrzeby w kwestii  prawidłowego ułożenia ciała, więc zwrócił uwagę na szczegóły, aby zapewnić mi  jak najlepsze warunki transportu.

W czasie podróży do Konina  w ambulansie nad moim niestabilnym stanem zdrowia czuwał lekarz. Nie muszę chyba mówić jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że lekarz nie wie, do którego szpitala w Koninie trzeba mnie zawieźć. Tak więc z gorączką, balansując na krawędzi życia i śmierci Mariusz ;) zwiedził oba szpitale w Koninie.

Frustracja sięgnęła zenitu, stłamszona psychika dała o sobie znać i dostało się  lekarzowi, jak można tak traktować człowieka, a zwłaszcza ciężko chorego. Nie będę cytował, bo to zbyt „mocny” tekst. Nawet gdybym był zdrowy, nawet w stanie najwyższego wzburzenia,  nigdy do nikogo nie ośmielił bym się zwrócić w taki sposób, ale …stało się … bo się  należało.

Wreszcie po rozlicznych przygodach, przyszedł czas na badanie, które polegało na podpięciu elektrod urządzenia diagnostycznego do klatki piersiowej oraz wprowadzeniu przez przełyk sondy w okolice serca. Wynik badania wykluczył podejrzewane wcześniej zapalenie osierdzia serca. Ucieszyłem się, że serce jest w porządku, ale zaraz wkradł się lęk, co to jest? Co jest przyczyną mojego złego stanu zdrowia?

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Po powrocie na oddział do Koła zapadła diagnoza – posocznica potocznie zwana „sepsą” ( zespół objawów spowodowanych gwałtowną reakcją organizmu na zakażenie.) Wtedy o tej chorobie nic  nie wiedziałem, ale szybko przekonałem się, że moja sytuacja jest naprawdę bardzo poważna. Natychmiast zostałem umieszczony w izolatce znajdującej się na końcu oddziałowego korytarza. Pielęgniarki w specjalnych fartuchach z zachowaniem najściślejszych procedur wykluczających swoje zakażenie, podłączały mi kroplówki pocieszając jednocześnie, że to jeszcze nie koniec świata. Widząc to całe zamieszanie, te przedsięwzięte  środki ostrożności, moją izolację, czułem się jak trędowaty.
Po południu przyjechała Mama z moją siostrą Renatką, lekarz wytłumaczył im z jaką przypadłością walczy mój organizm. Konieczność  izolacji, samotność i bezradność były dla mnie przerażające.

Moja kochana Mama nie zgodziła się abym został sam, postarała się o specjalne pozwolenie aby czuwać  przy mnie nieustannie w dzień i w nocy!

Aby uzyskać poprawę mojego  zdrowia konieczny był zastosowanie bardzo drogiego i trudno dostępnego antybiotyku, który został sprowadzony z OIOM-u z Konina. Na sprowadzenie tego leku konieczna była specjalna zgoda, którą otrzymałem. Już na drugi dzień rozpoczęła się walka o moje życie. Lekarz prowadzący z medycznego punktu widzenia nie widział już dla mnie ratunku, bo  mój organizm był już bardzo słaby.

Dni wlokły się niemiłosiernie. Trawiła mnie wysoka gorączka, wciąż nie było oznak poprawy, załamałem się psychicznie, przestałem walczyć o życie. Pierwszy raz od czasu wypadku poddałem się. To był najgorszy etap w moim życiu. Stałem się na wszystko obojętny, nie jadłem, niewiele piłem, miałem dość bólu, cierpienia i tej powalającej bezradności. Zacząłem prosić Pana Boga aby mnie zabrał do siebie, chciałem umrzeć aby skrócić  cierpienie moje, mojej Mamy, sióstr, które czuwały nade mną. Pragnąłem wydostać się z tej sali, już nie cierpieć, miałem dość kłucia, dość wenflonów , które z powodu pękających żył wkłuwane były wszędzie gdzie się da.

W tym czasie nikt mnie nie zawiódł. Wspierali mnie Darek i Siostry z domu pomocy społecznej, Pani Jola, Ksiądz Kazimierz, opiekunowie, kuzynostwo i koledzy. Odwiedzali mnie na zmianę, ale ja byłem nieobecny, myślami byłem z Panem  Bogiem prosząc, aby mnie zabrał z tego świata do Siebie.

Szczególnie dziękuję mojej niestrudzonej Kochanej Mamie i siostrze Magdzie, która będąc w II klasie technikum po lekcjach zmieniała się z Mamą, aby czuwać przy mnie. Przez to Magda nagromadziła zaległości w szkole i jej promocja stanęła pod znakiem zapytania. Sprawne zmiany Mamy i Magdy w szpitalu  były możliwe dzięki mojemu szwagrowi, który je przywoził i odwoził do domu, lub w przypadku Magdy,  po dyżurze nocnym prosto do szkoły.

To była najtrudniejsza lekcja pokory, czas refleksji  nad ceną  życia i znaczenia zdrowia, które musi osiągnąć pewną normę, aby móc funkcjonować i myśleć racjonalnie.

Przełom nastąpił po dwóch tygodniach. Po czasie nieustannej walki całego oddziału, na przekór wcześniejszym prognozom, mój stan zaczął się poprawiać, spadła gorączka, zacząłem sypiać. Przesypiałem po kilka godzin, wcześniej trwałem w bezsennym letargu, to był taki sen na jawie. Nadal musiałem pozostać w szpitalu, aby bakterie były całkowicie unicestwione, aby mieć pewność, że choroba nie powróci. Dzięki Bogu udało mi się osiągnąć stabilny stan zdrowia i zostałem wypisany na Święta Wielkanocne, prosto do mojego  domu.
Pan Bóg  doświadczył mnie tą lekcją pokory, abym zrozumiał, że wszystko od Niego zależy. On jest Panem życia i śmierci, On wie, co jest dla mnie najlepsze i to On, a nie ja, decyduje o momencie powołania do Wieczności.

Dziękuję Panu Bogu za ten wyjątkowy czas Łaski. Dziękuję wszystkim którzy wspierali mnie i moją Mamę, dziękuję pielęgniarkom i stażystkom , oddziałowej i lekarzom pracującym na oddziale wewnętrznym w  Kole. Kiedy opuszczałem oddział, dwie bardzo zaprzyjaźnione ze mną stażystki (niestety, ponieważ kontakt się urwał   zapomniałem  jak miały na imię :( , dziewczyny, proszę,  odezwijcie się, kontakt  możecie znaleźć na stronie www.mariuszharasny.pl) płakały razem ze mną! Płakaliśmy z radości, że zwyciężyłem chorobę, płakaliśmy że odzyskałem wolę walki na  każdy dzień. Płakałem również dlatego, że nadszedł dzień rozstania z  zaprzyjaźnionymi osobami,  bratnimi duszami, które nieustannie wspierały mnie  w najtrudniejszych chwilach życia.

Tak, to był najtrudniejszy okres mojego życia, najtrudniejsza lekcja pokory. Pokora to największa z cnót, więc wymaga niezwykłego poświecenia. Od tego czasu nieustannie dziękuję Panu Bogu za każdy dzień, który dostaję od Niego w prezencie . :)

Posted in Mój blog | 9 Comments

Motor Show

Męski wyjazd na targi motoryzacyjne do Poznania :)

Pierwszy mój wyjazd po zimie dopisała pogoda i zdrówko ,nie da się tak tego opisać oglądając te piękne samochody ,motory i oczywiście hostessy  wiec zabieram Was  w podroż uwieczniona na zdjęciach :)

Posted in Mój blog | 2 Comments

Pobyt w DPS 1999-2004

1Czas spędzony  w domu pomocy społecznej, był w moim życiu okresem zmian, w którym zmagałem się z najróżniejszymi trudnościami napotykanymi na mojej drodze. Właśnie wtedy zaczynałem odnajdować się w szarej rzeczywistości, która powoli zaczynała nabierać kolorów, coraz bardziej przypominając życie. A wszystko za sprawą niezwykłych osób, pracujących w Domu Pomocy Społecznej w Kole przy ulicy Poniatowskiego.

Były to jeszcze czasy  Kasy Chorych, a ponieważ wykorzystałem  wszystkie możliwe limity na rehabilitację, wspólnie z rodzicami zdecydowaliśmy się na ten krok, aby nie pozbawiać mnie codziennych  zabiegów rehabilitacyjnych. Stan  mojego zdrowia był niestabilny, abym miał zapewnioną stałą opiekę lekarska, pielęgniarską i codzienną rehabilitację (która była dla mnie najważniejsza), w czasie gdy jeszcze przebywałem na  turnusie rehabilitacyjnym w Poznaniu, mama wstępnie załatwiła mi pobyt w domu opieki społecznej na pół roku.

Po rozpakowaniu i poukładaniu potrzebnych rzeczy przywitałem się z moim towarzyszem, miłym staruszkiem, który na moją prośbę i prośbę personelu naciskał dzwonek, gdy czegoś potrzebowałem,  sam byłem bezradny, wówczas nawet krzyknąć nie miałem siły. Pokój bardzo mi się podobał, był telewizor, półki ,szafki na potrzebne rzeczy. To już nie były warunki szpitalne, ale zbliżone do domowych, to mnie bardzo cieszyło. Byłem mile zaskoczony przyjęciem personelu ,uradowany warunkami  i wtedy podano pierwszy obiad, który jeszcze podała mi mama.  Po obiedzie wracała już do domu, gdzie z utęsknieniem czekało młodsze rodzeństwo. W ten oto sposób minął mój pierwszy dzień pobytu  w Domu Pomocy Społecznej w Kole.  Rozpoczynałem nowy etap życia, nie wiedziałem  co mnie czeka, nie przypuszczałem  że będą  to nowe przyjaźnie ….

Później, po czasie, siostry, bo tak się zwracałem do pań pielęgniarek, powiedziały mi, że były  tak samo przerażone, najmłodszym podopiecznym,  dwudziestoletnim chłopakiem z takim poważnym urazem. Wszyscy  uczyliśmy się siebie nawzajem .

Po pierwszej nocy przespanej niezbyt dobrze, nadszedł poranek, pobudka po 7:00 i poranna toaleta. Przy ubieraniu nawzajem sobie podpowiadaliśmy, co i jak, poznawaliśmy się wzajemnie. Potem śniadanie podane przez siostrę i już czekałem na rehabilitację. Wtedy przyszedł Pan Darek z Grzegorzem, zabrali mnie na wózek manualny i jechaliśmy na salę ćwiczeń i zabiegów. Tam zajęcia trwały do popołudnia, do obiadu, który zawsze był podawany punktualnie przez miłe, wesołe siostry, z którymi nawiązywałem coraz bliższy kontakt.
Tak mijały tygodnie, było mi coraz lepiej, nabierałem pewności, że wybór był słuszny, czułem się coraz pewniej. Byłem przekonany, ze rodzice odetchną od opieki nade mną. W domu było pięcioro rodzeństwa, dwoje malutkich, Łukasz miał roczek, a Ola trzy latka, było więc co robić. Mimo tego rodzice  odwiedzali mnie każdej niedzieli , aby być ze mną, abym miał wszystko czego potrzebuję.

Byłem spragniony towarzystwa, rozmów , więc nosiło mnie wszędzie . W krótkim czasie poza Panią Dyrektor, Panią Jolą, przemiłymi  siostrami i rehabilitantami zaprzyjaźniłem się z personelem kuchni, pracownikami administracyjnymi, kierowcami i stróżami.  Za cichym przyzwoleniem mogłem spojrzeć w grafik, aby wiedzieć która siostra na jaki dyżur przychodzi. Wtedy pogodnie, z uśmiechem witałem moje opiekunki: dwie Anie, Edytkę, Halinkę, Grażynkę, Krysię, Dorotkę, Iwonkę, Elę, oj działo się ;-)   Z Robertem, Edwinem, Piotrkiem i Arkiem  też się rozumiałem. Moja otwartość i uśmiech pomagały budować nowe przyjaźnie, które trwają po dziś dzień. Postawa personelu dodawała mi odwagi, mając  wsparcie w każdej kwestii poczułem się pewniej w walce, poczułem twardy grunt pod nogami, było od czego się odbić. Ciepłe rozmowy, uśmiechy, przyjazne gesty, były bezcennym wsparciem wśród piętrzących się przeciwności.

Ważna postacią jest Pani Jola. Pani Jola była specjalistką  od dokumentacji, miedzy innymi „wyprostowała” kwestię mojej kategorii wojskowej, wciąż jeszcze w papierach miałem kategoria A – zdolny do czynnej służby wojskowej i otrzymywałem wezwania do wstawienia się osobiście, a to było przecież niemożliwe. Nie znałem przepisów dotyczących osób niepełnosprawnych , zaś Pani Jola uświadomiła mi moje prawa i wskazała instytucje w których mogę starać się o dofinansowanie do zakupu sprzętu rehabilitacyjnego. Wtedy zrodził się pomysł, aby zdobyć środki na wózek elektryczny, który da mi większą samodzielność.  Pani Jola zajęła się wszystkimi niezbędnymi wnioskami i całą obszerną dokumentacją wymaganą przez  PFRON,  aby uzyskać dofinansowanie na ten niezbędny sprzęt .Po przebyciu całej procedury i złożeniu wniosku nastąpiło niecierpliwe oczekiwanie na decyzje.

Czas się dłużył, ale warto było czekać, do dziś pamiętam i nigdy nie zapomnę tej wielkiej radości, kiedy okazało się że, wniosek został rozpatrzony pozytywnie. W wyborze modelu  wózka pomógł mi mój rehabilitant i zarazem przyjaciel Darek. Najpierw wspólnie wybraliśmy odpowiednie parametry, później telefonicznie Darek zamówił katalogi, przeglądając je  rozważaliśmy różne warianty w końcu wybór padł na wózek firmy Sped, jak się okazało po wielu latach eksploatacji, to był doskonały wybór…
Model wózka został wybrany, ale środki przyznane przez PFRON były zbyt małe. W tym momencie znów uruchomił się precyzyjny mechanizm przyjacielskiej pomocy. Pracownicy Domu Pomocy Społecznej, rodzice, lokalni radni, mieszkańcy wsi wszyscy zaangażowali się w zbiórkę brakujących środków. Pani Jola poprosiła o wsparcie Pana radnego z Koła, który potrafił dotrzeć wszędzie i swoimi działaniami znacznie przyspieszył termin zakończenia zbiórki. Dzięki tym wszystkim wspaniałym ludziom, wkrótce śmigałem po korytarzach za siostrami ;) nowiutkim wózkiem.

Mojej radości nie da się opisać, to jakby dostać w prezencie  skrzydła i poszybować do chmur . Zdobycie wózka otworzyło  kolejny etap mojego  życia, w którym towarzyszyło mi poczucie większej swobody i samodzielności ,nie chciałem z niego  zsiadać, jeździłem wszędzie towarzysząc siostrom w ich pracy, byłem niestrudzony do pojawienia się odleżyny, która  znacznie ograniczyła te wyjazdy .

W międzyczasie otrzymałem jednoosobowy pokój, gdzie mogłem  urządzić się jak w domu. Taki pokój dawał poczucie prywatności i swobodę przy odwiedzinach i spotkaniach . Szybko minęło pół  roku i  całkiem dobrze czułem się wśród nowych przyjaciół, jak w drugiej rodzinie . Musiałem zadecydować czy odchodzę, czy pozostaje na dłużej. Ponieważ było mi dobrze, więc  bez zbędnego zastanawiania się przedłużyłem pobyt na czas nieokreślony.  Miałem   świadomość, że w ten sposób odciążam rodziców i zarazem zapewniam sobie  lepsze warunki . W domu zajmowaliśmy jeden pokój i kuchnię, to niezbyt wiele dla rodziny z sześciorgiem dzieci. Na wszystkie święta i wakacje przyjeżdżałem  na przepustkę  do domu. Za każdym razem w rodzinnych stronach, w domu z rodzicami i rodzeństwem czułem się doskonale.

(Moi przyjaciele, czyli siostry i opiekunowie byli ode mnie trochę starsi, mieli większe doświadczenie i posiadali życiową mądrość. Ich życzliwość zachęcała mnie do szczerych rozmów na różne tematy, dzięki którym wiele rozmyślałem nad życiem i dużo się nauczyłem. Poznawałem nie tylko siostry, ale ich całe rodziny, dzieci, problemy i radości, to było bardzo miłe, bo poczułem zaufanie, którym mnie obdarzały)
Przyjaciele doszli do wniosku, że mój pokój jest miejscem zwierzeń, pogawędek i wsparcia, wtedy poczułem się potrzebny i to dodawało mi skrzydeł. Więzi które się miedzy nami zrodziły zaowocowały trwałą przyjaźnią i bezcennym zaufaniem, dziś jeszcze możemy iść razem „konie kraść” .

Pani Oddziałowa to wspaniała kobieta o wielkim sercu, ale musiała trzymać dyscyplinę i zawsze starannie oddzielała sprawy służbowe od prywatnych.  Czasem, kiedy się zasiedzieliśmy, rozganiała nas, bo nie mogliśmy się rozstać, a przecież nie byłem sam, doglądnąć trzeba było pensjonariuszy z całego parteru.  W domu mieszkały przede wszystkim  osoby starsze i schorowane, byłem najmłodszy, byłem takim rodzynkiem, który  dość mocno się wyróżniał Pani Oddziałowa bardzo się o mnie troszczyła, dbała o moje samopoczucie, ale tak samo traktowała pozostałych pensjonariuszy. Czuwać nad całym oddziałem, to trudna i odpowiedzialna praca i jak wszędzie, nie obyło się bez nieporozumień. Dzięki  zaradności  Pani oddziałowej  wszystkie udawało się szybko i dokładnie wyjaśnić  .

Wspominałem już o moich przyjacielskich  relacjach z personelem, ale każda jego część  wnosiła coś innego.  Płeć piękna otaczała mnie ciepłem, dawała poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, zaś panowie, traktowali mnie jak młodszego kumpla. Zabierali mnie na męskie spacery, do siłowni gdzie przyglądałem się jak ćwiczyli, a w trakcie męskich rozmów mogłem  poznać ich osobowość  i zaczerpnąć coś  dla siebie. Głęboko w serce zapadły mi ich cenne rady, o których do dziś pamiętam. Czułem się potrzebny, dając im  w zamian radość i pokazując,  że lekcja pokory, którą przebyłem nie załamała mnie. Zawsze korzystałem z okazji  i uczestniczyłem w imprezach organizowanych przez kierownictwo placówki, była to okazja do pogłębiania przyjaźni  i wspólnej zabawy. To były cudowne chwile, czułem się tak swobodnie, była muzyka tańce, zapominałem o niedogodnościach, po prostu  czułem że żyję, czułem że chcę żyć!

Obok pięknych chwil, bywały też gorsze, a czasami złe.  Dokuczały mi niekończące  się infekcje dróg moczowych, nawracające zapalenia płuc i dwukrotne całkowite zakażenie organizmu (sepsa) w ciągu roku. W takich chwilach szczególnie czuje się prawdziwą przyjaźń jakiej doświadczałem ze strony personelu.  Kiedy tygodniami trawiła mnie gorączka, dzień i noc dyżurowali przy mnie. Robili wszystko, aby ulżyć mi w cierpieniu. Czułem tę szczerą troskę i wsparcie, byli ze mną na dobre i złe, za co raz jeszcze wszystkim z całego serca dziękuję, wszystkim i każdemu z osobna, kochani nigdy tego nie zapomnę. Tu szczególne uznanie dla Pani Dyrektor, której zawdzięczam życie. Niezdecydowanie  pracowników pogotowia ratunkowego sprawiało, że ambulanse przyjeżdżały, podawały kroplówkę  i odjeżdżały, nie widząc konieczności  specjalistycznych badań, a mój stan zdrowia wciąż się pogarszał. W końcu interwencja Pani Dyrektor u dyrektora szpitala w Kole doprowadziła do przyjęcia mnie na oddział, wykonania potrzebnych badań  i postawieniu diagnozy : posocznica (sepsa). Natychmiast podjęto intensywne leczenie, ale…trwało to miesiąc i był to najtrudniejszy okres w moim życiu, to był koszmar.

Jak już wspominałem mieszkańcy naszego Domu, to osoby starsze, bardzo schorowane, a także osoby, które z powodu złego stanu zdrowia wymagały ciągłej opieki. Moje zawadiackie usposobienie powodowało, że bez problemów  nawiązywałem kontakty nie tylko z sympatycznym personelem, ale i z mieszkańcami. Szybko „złapałem” kontakt z Panem Wiesiem, jego bratem Panem Jankiem i Panem Tadeuszem. Jak wiadomo starsze osoby maja sporo czasu i mogą poświęcić go na rozwijani swoich pasji. Wspomniani Panowie z pasją grywali w szachy. Osiągnęli na tyle wysoki poziom, że z powodzeniem reprezentowali nasz Dom na przeróżnych konkursach szachowych, zdobywając wysokie lokaty. Intensywnie im kibicowałem. Panowie próbowali i mnie zarazić swoją pasją, ale chyba zabrakło mi cierpliwości i stwierdziłem, że to nie na moją głowę. Mimo tego, lubiłem przyglądać się jak grają, lubiłem te rozmowy, które toczyliśmy w trakcie gry, to wszystko tworzyło swoisty klimat.
Wielu znajomych znalazłem wśród osób przyjeżdżających w odwiedziny do swoich bliskich. Wymienialiśmy uprzejmości, rozmawialiśmy miło o drobiazgach. Te przelotne rozmowy dawały mi wiele radości.
Nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że sympatyczniejsza atmosfera panuje między uczestnikami rehabilitacji. Czułem większą życzliwość. Kłanialiśmy się sobie wzajemnie mówiąc „dzień dobry”, życząc miłego dnia, zdrówka, wymienialiśmy szczere uśmiechy. Być może dlatego, że łączyła nas wspólna idea „być sprawnym na maxa”?

W naszym Domu wyróżniająca się grupą  były stażystki, których uroda przykuwała wzrok ;) to były wspaniałe młode dziewczyny, nie wszystkie pamiętam z imienia, ale wiele osobowości zapadło mi w pamięć. Podczas codziennych spotkań rodziły się koleżeńskie relacje, których znaczenia nie sposób przecenić. Dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach o celach do których podążamy, o oczekiwaniach, o życiu. Zawsze mogłem liczyć na pomocną dłoń, uśmiech, radość i serdeczność pięknych stażystek.
Inną  grupę moich znajomych stanowiły osoby, które dochodziły na rehabilitację z zewnątrz, i takie , które z powodu turnusu rehabilitacyjnego  czasowo mieszkały w naszym Domu. Należeli do nich Pan Rysiu i Pan Jurek, niezwykle życzliwi ludzie, od których otrzymałem wsparcie i dużą pomoc.
Panowie, zawsze będę to pamiętał i zawsze z wdzięcznością myślał o Was.

Wszystkie osoby mieszkające w naszym Domu mam  głęboko w swojej pamięci. Kiedy minionego lata odwiedziłem Dom Pomocy Społecznej w Kole z radością zaglądałem do pokoi moich dawnych towarzyszy. Miło było spojrzeć sobie w oczy i przypomnieć to, co dobre.
Myślę jednak, że najważniejszą osobą którą poznałem w DPS-ie, która z czasem została też jego mieszkańcem, jest Ksiądz Kazimierz Chłopecki . Jest kapelanem ośrodka. Bardzo szybko nawiązaliśmy bliskie relacje. Ksiądz odwiedzał mnie codziennie, modliliśmy się, Ksiądz czytał mi książki. Jego spokojny, ciepły  głos łagodził wszystkie rozterki, robiło mi się tak dobrze, że…czasami przysnąłem. Wtedy wymykał się cichutko, by znów powrócić z radością.
Szczególnie gdy chorowałem i mój stan był bardzo ciężki, czuwał przy mnie, nieustannie wypytując lekarzy w jakim kierunku idą zmiany, wspierał moją zatroskaną kochaną Mamę. Swoją modlitwą i ciepłym słowem dawał mi poczucie bezpieczeństwa, pokój serca i nauczył  ufności  Panu Bogu. Nieprzecenione były chwile spędzone z Księdzem Kazimierzem tuż po śmierci Taty. Duchowe wsparcie i modlitwa pozwoliły przeżyć mi ten trudny okres. Nie sposób słowami wyrazić dobro, którego doświadczyłem ze strony Księdza Kazimierza, który w czasie rozmów o życiu wyznał, że i on wiele ode mnie się uczył. Dziś Ksiądz Kazimierz, jako emerytowany duszpasterz  odprawia w kaplicy codzienna Mszę św. i nieustannie wspiera mieszkańców.

Śmierć bliskiej osoby zawsze jest zaskoczeniem, dramatem i przejmuje przenikliwym bólem. Tego wszystkiego doświadczyłem po śmierci Taty
Tato uległ wypadkowi drogowemu w wyniku którego, doznał rozległych obrażeń całego ciała i mózgu. Przez miesiąc leżał na oddziale intensywnej opieki medycznej w szpitalu w Koninie. W tym okresie najtrudniej było Mamie, która musiała sprostać wszystkim codziennym obowiązkom mimo, że serce tak bardzo bolało, widząc gasnące życie męża, przyjaciela, ojca jej dzieci.  Codziennie Mama dojeżdżała autobusem do szpitala, by czuwać przy Tacie, a w drodze powrotnej zaglądała do mnie do Koła. Mamo, jak Ty to robiłaś? Skąd czerpałaś siły? Widząc Mamę wyczerpaną i zmartwioną pocieszałem ją, jak umiałem, dodawałem otuchy, nadziei, zarażałem ją swoją wiarą, że wszystko się ułoży.

Po miesiącu zniecierpliwiony swoją bezradnością poczułem wewnętrzna potrzebę, aby odwiedzić Tatę. Opatrzność czuwała. Mimo sprzeciwu pielęgniarek, obawiających się o mój stan zdrowia, a przede wszystkim kondycję psychiczną, zorganizowałem wyjazd. Poprosiłem opiekuna Arka i kierowcę Antoniego, aby pojechali ze mną do szpitala w Koninie, na oddział i jak się później okazało do pokoju, w którym  parę lat wcześniej ja sam walczyłem o życie i Tato był wtedy przy mnie. Miałem obawy, że nie dam rady, że nie podołam, że się rozkleję, ale byłem przekonany, że mimo wszystko muszę spotkać się z Tatą.
Kiedy wjechałem do sali, Tato miał spokojną twarz. Był w śpiączce, ale to nie przeszkodziło nam w nawiązaniu kontaktu, „porozmawialiśmy” ze sobą jak ojciec z synem, to była rozmowa naszych serc. Na pożegnanie, Arek połączył nasze niewładne ręce, ręka w rękę ojciec i syn, tak jak zawsze było w naszym życiu. To był nasz ostatni dotyk dłoni, to było pożegnanie ostateczne. Tato odszedł po trzech dniach, w niedzielę. Ten moment uświadomił mi dlaczego tak bardzo ciągnęło mnie do niego. Przez wymowny dotyk jego dłoni zrozumiałem, Tato czekał na mnie. Za sprawą Ducha Świętego poczułem co chce mi powiedzieć. Prosił, abym zadbał o rodzinę, o Mamę i rodzeństwo. Wiedziałem, że to wielka odpowiedzialność, ale przyjąłem tę rolę z dumą , zrozumiałem, że mimo mojej  niepełnosprawności żyję na tym świecie właśnie po to, aby po ojcowsku zaopiekować się rodziną.

Pobyt w domu Pomocy Społecznej w Kole z całym wachlarzem chwil dobrych i trudnych, to czas kiedy z chłopaka przeobraziłem się w mężczyznę. Wszystkie osoby które tam spotkałem ofiarowały mi cząstkę siebie, każdy wniósł coś bardzo osobistego w mój rozwój duchowy i emocjonalny, dali mi siłę do walki ze wszystkimi przeciwnościami, które napotykam na swojej drodze, zaszczepili wiarę w ludzi, utwierdzili w przekonaniu, że życie jest piękne i warto przeżyć je w pełni, wśród przyjaciół i ludzi życzliwych. Wrażliwe serca personelu i wielka serdeczność, której doświadczyłem są dla mnie drogowskazem w mojej  niepowtarzalnej podróży – w życiu! Z całego serca dziękuję, że Pan Bóg przywiódł mnie do Was, że mogłem Was poznać i Wy poznaliście mnie. Dziękuję za Wasze dobro, które owocuje i zatacza coraz szersze kręgi.

Dziękuję całym sercem !

Posted in Mój blog | 3 Comments